Ten pierwszy raz...

Nie do końca mogłam uwierzyć w to, gdzie jestem, kiedy pierwszy raz poszliśmy na Malecón. Oszołomiona, podekscytowana, oślepiona południowym słońcem stałam tam i patrzyłam na Hawanę. Czy tak ją sobie wyobrażałam? Nie wiem. Zwykle staram się nie nastawiać w żaden sposób do miejsca, w które jadę. Owszem, czytam na jego temat, oglądam zdjęcia, zapamiętuję miejsca, które chciałabym odwiedzić, ale jakoś nigdy nie wyobrażam sobie jak będzie na miejscu. Może to i dobrze, bo zwykle, nawet jeśli coś mnie zaskakuje, to raczej nie rozczarowuje.


Znajdź trzy różnice

;)


Oryginalna salsa cubana

A tak się tańczy salsę kubańską w Hawanie. Oczywiście na Kubie nikt nie powie na salsę kubańską "kubańska" ;) Mówi się "casino". Po prostu casino, nawet nie dodaje się "salsa".


Rytm salsy

Jeśli ktoś chciałby nauczyć się salsy, to rytm jest absolutną podstawą. Ale chyba nie odkryłam Ameryki. Pozornie może się to wydawać proste, salsa jest tak melodyjna, że słysząc muzykę nogi aż same rwą się do tańca, a palce wystukują rytm. Potem jednak zwykle zaczynają się schody. Dla kogoś, kto się nie urodził na Kubie lub nie wychował z muzyką w domu, złapanie rytmu może okazać się wcale nie błahym zadaniem. Podstawą jest clave. Jeśli nauczymy się je słyszeć w każdej salsowej piosence, z krokami pójdzie o niebo łatwiej.


Orishas

Orishas siedzą we mnie bardzo głęboko. Nie pamiętam dokładnie kiedy ich poznałam. Dawno. Na codzień słucham muzyki raczej w biegu, nie jest tak, że zawsze coś w domu gra, bo bardzo lubię pracować w ciszy. Słucham więc przeważnie kiedy wychodzę z domu. Ale są momenty, że coś odkrywam i wtedy słucham w kółko i na okrągło. Tak było z Chambao, podobnie było z Orishas. W dodatku Orishas towarzyszyli mi podczas mojego pobytu w szpitalu.

Orishas - dokument

Krótki dokument o zespole Orishas.


Santiago, wciąż Santiago

U nas wszystko dobrze. Jestesmy juz 8. dzien w Santiago. Mielismy wracac wczoraj do Hawany, ale prawie caly tydzien strasznie padalo, doslownie nie mozna bylo wyjsc z domu (to pora deszczowa, a gdzies niedaleko na oceanie podobno byl cyklon, ktory to wszystko zepchnal na wyspe). W zwiazku z tym, nie bylo tez szans ani polazic ani porobic zdjec, wiec cala podroz bylaby na prozno, zdecydowalismy sie zatem jeszcze posiedziec. Wczoraj bylo niezle, udalo nam sie zrobic i wysuszyc pranie, bo wilgoc jest taka, ze nawet w domu nic nie schlo (co jest dosc oczywiste biorac pod uwage, ze nie ma okien). Udalo nam sie tez pochodzic troche po miescie. Dzis od rana tez swiecilo slonce, po poludniu za to znow zaczelo padac. Jutro chcemy jechac do klasztoru El Cobre (cos jak nasza Czestochowa), do ktorego ludzie jezdza i zostawiaja wota proszac o laski (nie mam ogonka przy ¨l¨, ale mam nadzieje, ze wiecie, ze te laski to laski, a nie laski hahahahaha). Miejmy nadzieje, ze pogoda pozwoli. Na poniedzialek planujemy wyjazd, chociaz nikt nas nie wygania.