Suplement

Chcę Wam serdecznie podziękować za wszystkie komentarze i lajki, i powiedzieć - bez fałszywej skromności - że się tego nie spodziewałam. Nie spodziewałam się, bo po prostu napisałam, co mi leżało na sercu już od dłuższego czasu. I pisałam o Kubie, o tym co znam od podszewki, bo o innych krajach (choć odwiedziłam parę), nie śmiałabym się wyrażać w tak asertywny sposób, tym mniej odwagi miałabym napisać 'tekst uniwersalny'. A tu okazuje się, że wielu z Was ma podobne spostrzeżenia, podobne doświadczenia, które można odnieść do innych krajów.

Znakomita większość czytających albo ten tekst zalajkowała, albo pozytywnie skomentowała, ale były też komentarze przeciw. Te przeczytałam ze szczególną uwagą i naprawdę zastanowiły mnie one, gdyż były położone na dwóch przeciwnych biegunach niezgody. Jedna osoba powiedziała, że zbyt krytycznie oceniłam Kubańczyków, że to najmilsi i najbardziej uczynni ludzie pod słońcem; druga zaś, że tekst jest "usprawiedliwieniem, a nawet gloryfikacją kubańskiego cwaniactwa". Zarówno jedno, jak i drugie wydaje mi się daleko idącą nadinterpretacją moich słów, i nie jestem pewna czy jakakolwiek odpowiedź na nie ma sens, bo to jak udowadnianie, że nie jestem wielbłądem. Z przyjemnością natomiast podejmę się, w kolejnych postach, obalania argumentów uznających mój poprzedni tekst za niesłuszny, które wyraźnie wynikają z nieznajomości lub niezrozumienia realiów kubańskich i panującego tam systemu oraz mechanizmów rządzących społeczeństwem, a co za tym idzie ludzkimi zachowaniami.

Pozwolę sobie przytoczyć również dwa komentarze, które są niejako kropką nad "i" mojego tekstu, dopełniającym go suplementem:

Maciej napisałTrafiasz w sedno jeśli chodzi o wszystkich naiwnych, nakręconych a następnie rozczarowanych tym, że nie było tak jak myśleli że będzie. Wielu turystom nie jest obca postawa roszczeniowa, jakieś dziwne poczucie wyższości, "mi się należy". Do tego dochodzi często brak wiedzy (a co gorsza prawdziwej ciekawości) i zamknięcie się w kokonie stereotypów.

Jednocześnie jednak w podróży można napotkać wielu bezinteresownych, serdecznych ludzi, którzy nie boją się zaprosić pod swój dach, podzielą się tym co mają, pomogą nie oczekując niczego w zamian. I mam często wrażenie, że łatwiej takie osoby spotkać wśród biednych niż wśród bogatych, na wsi a nie w mieście. Ludzi, którzy łakną kontaktu "z obcym" nie ze względu na jego kieszeń a ze względy na pewną ciekawość świata i otwartość. Nie uważam, że powinniśmy takiej postawy oczekiwać (a to z zawiedzionych oczekiwań biorą się rozczarowania) ale możemy się z nią spotkać a to jedna z największych przyjemności podróży.

To jakich ludzi spotkamy na swojej drodze zależy moim zdaniem zdaniem w dużej mierze...od nas samych. I tak, najlepszym sposobem na łamanie lodów jest język. A jak do podstaw lokalnego języka dodać uśmiech, pokorę, szacunek, ciekawość i trochę szczęścia, droga do niezwykłych spotkań stanie otworem.

Nie byłem na Kubie więc nie wiem, może tam jest inaczej. Myślę, mam nadzieję, że nie jest. Ale jeśli jest to nie mam przekonania, że u podstaw tej inności leżą tylko finanse. Sam przynajmniej miałem przyjemność zaznać niezwykłej gościnności od ludzi, którzy nie mieli niemal niczego.


I Jacek: Bo turyści... oni przecież też nie są winni :)  Przenoszą gdzieś z innego krańca świata swoje święte prawdy święcie przekonani, że na drugim krańcu świat wygląda tak samo i rządzą nim te same prawa.

Jasne, że się mylą. I często, swe naturalne przecież w innej rzeczywistości zagubienie, próbują zamaskować. Zakryć swą ignorancję arogancją...


Zaś strach przed tym co nieznane, jakże wkurzającym czasem poczuciem wyższości...



To, o czym piszą panowie, ta ignorancja, arogancja, poczucie wyższości osób, które raz pojechały na Kubę i  z niezachwianą pewnością siebie wypowiadają się na tematy, które czasem są przedmiotem studiów na uniwersytetach, były kroplą, które przelała moją czarę goryczy. Zwykle nikogo nie krytykuję, a już tym bardziej nie publicznie, bo uważam, że jest tyle miejsca na świecie, że każdy może znaleźć swój kawałek podłogi, robić na nim co mu się żywnie podoba i nie musimy sobie wchodzić w drogę. Ponadto uważam, że jeśli umiesz lepiej, to zrób to lepiej. Dlatego robię swoje, a wielu relacji dwutygodniowych kubańskich turystów nawet nie komentuję, bo życia by mi nie wystarczyło, żeby je wszystkie śledzić. Oczywiście nie mówię tu o relacjach byliśmy tu i tu, pojechaliśmy tam i tam, zobaczyliśmy to i to, o dzieleniu się emocjami, wrażeniami, to nam się podobało, a to nie; tylko o towarzyszącym im kategorycznym, zwykle pejoratywnym, osądom dotyczącym Kuby i Kubańczyków jako całości. Poza tym taka relacja ma zwykle niewielki zasięg. Problem zaczyna się, gdy piszą tak osoby z renomą i/lub dziennikarskim backgroundem, a artykuły docierają do szerokiego grona odbiorców. Wówczas czytelnik łyka wszystko, jak bocian żaby, bo przecież autor jest 'znany'. Artykuł puszczony w świat zaczyna żyć własnym życiem, a na jego podstawie ludzie wyrabiają sobie opinię o danym miejscu. I znów - nie mam nic przeciw różnorodności opinii. Mam natomiast zastrzeżenia, jeśli ktoś konstruuje tekst na podstawie półprawd, powierzchownych obserwacji, bez rzetelnego researchu, ba! bez nawet zaglądania do zwykłego przewodnika i sprawdzenia podstawowych faktów. Najbardziej przykre jest to, że zapakowane jest to w ładny kolorowy papier z kokardą i napisem "projekt" albo "wyprawa" i logo sponsora albo wydawcy. I żeby znowu nie wyszło, że mam coś przeciw sponsorom, czerpaniu korzyści z blogów, pisaniu za pieniądze itp., nie. Nie zgadzam się natomiast na intelektualną płyciznę, brak obiektywizmu i powielanie krzywdzących stereotypów. Wystarczająco dużo krzywdy czyni narodowi kubańskiemu jego obecna władza, by jeszcze to utrwalać poza granicami wyspy.


P.S.
I żeby była jasność: uważam, że Kubańczcy to najmilszy, najbardziej spontaniczny i otwarty naród pod słońcem, i absolutnie nie pochwalam ich niektórych zachowań, ale kim ja jestem, żeby ich potępiać? "Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono".

Czegoś się spodziewał, czyli dlaczego Kuba rozczarowuje



Spotykam się często z opiniami ludzi, którzy pojechali na Kubę, że wrócili rozczarowani. Czym? Wszystkim po trosze - warunkami, muzyką, naturą, jedzeniem, ale przede wszystkim LUDŹMI. Jak mantrę powtarzają to, że w Kubańczykach nie ma krzty bezinteresowności, a każda spontaniczność nie jest naturalna tylko podszyta chęcią osiągnięcia jakiejś korzyści materialnej.

No więc pytam się ja Ciebie, Turysto, czegoś oczekiwał od tej Kuby i od tych biednych ludzi? Że będą spontanicznie z Tobą tańczyć na ulicy, bo mają muzykę we krwi? Że to raj na ziemi, plaże z białym piaskiem, drinki z palemką i szczęśliwi ludzie tylko dlatego, że mają słońce przez okrągły rok? Że będą Cię zapraszać do domów, drzwi na oścież otwierać, zgodnie z polską zasadą "gość w dom, Bóg w dom" i będą się dzielić z Tobą tym, co mają?

Otóż nie. Po pierwsze dlatego, że jesteś OBCY. Jakkolwiek chciałbyś się stylizować na backpackera, podróznika, odkrywcę, eksploratora, poznawacza ludów tubylczych, zawsze będziesz zakwalifikowany do tej samej kategorii: turysta. Mimo całej swojej otwartości, pozornej beztroski i spontaniczności, zawsze dla nich pozostaniesz tylko przyjezdnym. Nawet jeśli będziecie pić nocą rum na Maleconie, a następnego dnia zaproszą Cię do domu, pójdziecie znowu razem na imprezę i staniesz się na chwilę ich amigo, w głębi będziesz dla nich będziesz tylko pasażerem. Takim, jak współtowarzysz podróży w pociągu czy samolocie. Czasem spotykasz kogoś z kim się przez te parę godzin zaprzyjaźniasz, opowiadacie sobie całe życie, ale potem każde z Was pójdzie własną drogą. W tym przypadku jest dokładnie tak samo.

Po drugie, że nawet jeśli już Cię do domu zaproszą, to rzadko jest się czym podzielić. I nawet jeśli Ty tego nie oczekujesz, to Kubańczyk będzie czuł się z tym bardzo źle, bo jedzenie to ważny obrzęd na Kubie. Urastający do rangi świętości, biorąc pod uwagę, że jedzenie jest na wagę złota. Przeciętnie w kubańskim domu je się to, co akurat było do kupienia w sklepie. Dziennie przypada na osobę jedna mała bułka, trochę ryżu i fasoli. Nie będę tu wchodzić w szczegóły tego, co się dostaje na kartki, bo to temat na osobny wpis. Nikt nie jada wystawnych śniadań z tortillą/jajecznicą, świeżo wyciskanymi sokami owocowymi, nikt nie marzy o owocach morza na obiad, mało kto w ogóle jada trzy posiłki dziennie, jeśli już to dojada się resztki z obiadu, przeważnie to "dojada" oznacza ryż z tym, co zostało. W większości kubańskich domów jest BIEDA. Skrajna bieda. Ci ludzie każdego dnia walczą o przetrwanie, o jedzenie dla siebie i swoich rodzin. I nie mów mi o tym, że Ty tej biedy nie widziałeś, bo w każdej z casa particular, w której nocowałeś warunki były przyzwoite, czysta pościel, ciepła woda, pralka, lodówka, a nawet płaski telewizor! No i serwowano dostatnio pyszne jedzenie. Problem w tym, że standard taki, jak na powyższej kwaterze, to nie jest standard kubańskiego domu. To był standard dla Ciebie. Dla TURYSTY.

W normalnym kubańskim domu nie ma ciepłej wody (nie ma, bo poza hotelami państwo nie raczyło wybudować infrastruktury, by ją do domów doprowadzić, to przecież za duży wydatek), jeśli więc chcesz kąpać się komfortowo trzeba termę lub przepływowy podgrzewacz wody kupić na czarnym rynku. Oczywiście nie za marne peso kubańskie, tylko za CUC wymienione z wcześniej przysłanych dolarów od rodziny z USA. Pralka to wymysł dla bogaczy, każdy dom bowiem ma na patio lub w kuchni betonowy zlew z tarką, gdzie pierze się ręcznie, po co więc komu pralka. Można kupić takie, jak to ja nazywam "pralki dla lalek" w typie poczciwej polskiej Frani, ale dużo mniejsze i o mniejszej mocy, które wymemłają trochę te ciuchy, ale daleko im do tego, żeby powiedzieć, że są porządnie wyprane. Oczywiście pranie odbywa się w zimnej wodzie ze wspomnianego wcześniej powodu braku ciepłej wody. Są importowane pralki z Chin - również na zimną wodę, a jakże! - drogie jak diabli i nikt nie ma pojęcia jak szybko się zepsują.

Generalnie cały sprzęt agd jest sprowadzany z Chin, telewizory i sprzęt audio przwożone są z Wenezueli przez tych, którzy mieli szansę wyjechać do pracy jako lekarze lub naukowcy, chociaż po objęciu władzy przez Maduro, zarobionych ciężko pieniędzy wystarcza na o wiele mniej, a i podaż jest dużo niższa. Trochę sprzętu przylatuje też z Miami, ale to kropla w morzu. Widzieliście więc w takiej casa particular ułudę, którą sprzedaje Wam wujek Fidel po to, żebyście mieli właśnie wrażenie, że jest "normalnie". Oczywiście głównym celem brodacza jest wyciągnięcie od Was kasy - tak, to do jego kabzy trafiają CUC, które Wy zostawiacie za pokój, bo kwatera płaci haracz od tego, żeby turystów mogła w ogóle przyjmować i - co więcej - jest to kwota uzależniona od ilości turystów, ale żeby w ogóle można było mieć licencję, co miesiąc trzeba zapłacić minimum 300 CUC do państwowej kasy. To, co zostaje dla właścicieli z wynajmu, to nie są żadne kokosy. Owszem, można żyć lepiej w porównaniu z j a k ą k o l w i e k pracą w państwowej instytucji, ale nie tak dobrze, jak Ci się wydaje, Turysto.

Tyle w kwestii uzmysłowienia Ci różnic pomiędzy przeciętnym kubańskim domem a przeciętną casa particular. Wszystko, co widziałeś w casa particular, to kłamstwo, to fasada stworzona na potrzeby turystów taka sama, jak hotele w Varadero z wystawnym szwedzkim stołem i jak hawańska starówka. Farsa. W Polsce, jeśli wybieramy się nad Bałtyk na kwaterę, to dlatego, żeby było taniej i żeby było jak w domu - jest gdzie ugotować i wyprać. Nikomu jadąc na Kubę nie przychodzi do głowy, że warunki na kwaterze tak się różnią od "domowych"...

Większość Kubańczyków nie związanych bezpośrednio z turystyką - czy to z kwaterami czy pracą w hotelach - klepie biedę. Dlatego "wynaleziono" 1001 sposobów, dzięki którym pośrednio na rzeczonej turystyce można zarobić. "Wymieniając" pieniądze, "rekomendując" restauracje, pokazując drogę, oferując wszelkiego rodzaju usługi, które dają kontakt z przyjezdnymi. Ale jeszcze żeby takiego klienta na daną usługę złowić, potrzebna jest ściema, psychologiczna gra, która nie tylko przyciągnie, ale i chwyci. W kapitalistycznym ustroju to się nazywa "marketing", "reklama" albo "promocja". Albo po prostu "sezon". Jedziesz latem nad morze i nie oburzasz się, że za gofra, którego normalnie kupiłbyś za 3 kupujesz za 8 złotych, piwo warte 5 kosztuje 15, rybka z morza 20, a kwatera 80 (a poza sezonem 40). Takie są ceny, jak ci nie pasuje, to właściciel powie: idź do konkurencji, albo nie przyjeżdżaj. Czasem można jakąś cenę nieco zbić, ale raczej nikt się nawet nie bawi w negocjacje, bo wiadomo, wakacje są raz w roku i macha się ręką na wydatki. Wszystko legalnie, w obliczu miłościwie nam panującego kapitalizmu, nikt się nie oburza, że w wysokich cenach jest ukryty zbyt duży zysk, nikt się nie oburza, że traktują Cię jak skarbonkę. Jesteś w stanie zapłacić za wszystko, łącznie z dostępem do kibla. A na Kubie, ponieważ to biedny kraj i Kubańczycy mają wiele rzeczy za darmo, to Tobie się wydaje, że też Ci się za darmo należy. Albo za pół darmo w narodowej kubańskiej walucie. Otóż oświecę Cię: nie należy Ci się. Zarabiasz w "dolarach", płać w "dolarach". A może chcesz się zamienić? Może chciałbyś zarabiać 2 złote dziennie? Dziennie! To jest 25 groszy na godzinę. Hm? Popracuj tak rok, wtedy przyjedź i kupuj za peso cubano. Ach, i w międzyczasie odłóż na bilet! Podoba Ci się taka perspektywa? Dlaczego nie pojechałeś na wakacje np. do Miami? To przecież taka "mała Kuba". Kubański klimat, kuabńskie żarcie, Kubańczycy. Tak samo się mówi po hiszpańsku, jak i na Kubie. Co, za drogo? Mmm... No właśnie. No więc nie mów, że drogo, bo gdyby Kuba w '59 nie poszła tą drogą i nie byłoby tak, jak jest, to byłoby trzy razy drożej niż w Miami i w życiu by Cię nie było stać, żeby tu spędzić nawet weekend. Korzystaj i nie narzekaj, bo druga taka okazja może się już nie powtórzyć.

A tak na marginesie nie wchodząc w politykę - dlaczego chcesz uczestniczyć w procederze oszustwa Kubańskiego społeczeństwa? Bo podwójny system walutowy jest niczym innym jak oszustwem "wynalezionym" po to, żeby upodlić i jeszcze mocniej trzymać w ryzach Kubańczyków. Dlaczego chcesz kupować reglamentowane jedzenie za lokalną walutę? Po to, żeby Kubańczycy mieli jeszcze mniej? Czy patrzysz wyłącznie przez pryzmat własnej kieszeni? Jeśli tak, to wróć do akapitu wyżej - targowałeś się o coś w Mielnie albo z liniami lotniczymi negocjowałeś cenę biletu...?

Co do samych Kubańczyków zaś... To nie są źli ludzie. Oni próbują przetrwać. A że robią to kosztem turystów, że jest to niemoralne czy niesmaczne, to już zupełnie inna sprawa. Nie mają wielkiego wyboru. Urodzili się w takim a nie innym kraju i to, co podstawiło im pod nos państwo, to turystyka. Nie dalej jak parę dni temu słyszałam wywiad z Maugośką (jak o sobie pisze :) ) i Tomkiem z Tamtaram. Mówili oni, że bodaj w Kambodży widzieli taki obrazek, że małe dziewczynki z niemowlakami na rękach chodziły i prosiły turystów o mleko. Tak, nie o pieniądze tylko o mleko. Taki złapany w sieć litości turysta szedł do pobliskiego sklepu i kupował im rzeczone mleko za równowartość 30-40 dolarów, a gdy zniknął z horyzontu one szły, oddawały właścicielowi sklepiku mleko i dostawały jakąś część zdobytych w ten sposób pieniędzy. Czy one są złe? Czy to są złe dzieci ja się pytam czy 'jedynie' cwane? Kto im to pokazał? Świat, otoczenie, okoliczności, whatever. Czy to jest fajne? Nie, oczywiście, że nie. Ale czy Ty, który pojechałeś tam bez świadomości tego procederu masz prawo potem powiedzieć one są złe? Co najwyżej, jeśli byłeś ich "ofiarą", możesz puknąć się w pecynę i powiedzieć, no tak, nie pomyślałem, nie przewidziałem. I następnym razem będziesz podróżował bardziej świadomie. Bo o to w tym wszystkim chodzi, żeby podróżować świadomie. Na Kubie doświadczysz bardzo szerokiego wachlarza tego typu przekrętów, z jednych się wywiniesz, z innych być może nie, a jeśli nie to tylko dlatego, że ktoś był bardziej przebiegły od Ciebie. Tylko tyle. Nie gorszy, bardziej zły, pozbawiony sumienia czy czego tam jeszcze, nie. Był bardziej cwany. Wykorzystał to, że Ty masz umysł na wakacjach i Cię okantował. Ciebie nikt nie zmuszał, żebyś tam jechał. Masz pełne prawo wyboru miejsca, w którym będziesz spędzał wakacje z prawie dwustu krajów świata, więc jeśli wybierasz to konkretne, to wypadałoby się przygotować do wyjazdu nie tylko pod względem ekwipunku, ale także pod względem szeroko pojętej kultury, z którą przyjdzie Ci się zetknąć.

Jedziesz tam mamiony obrazkami turkusowego morza i plaży z delikatnym piaskiem, urodziwych Mulatów i Mulatek, drinków z palemką, wizją latynoskiej otwartości i naturalności nieskażonej konsumpcjonizmem (chociaż tego to chyba gdzieś w Amazonii powinieneś szukać), wyścigiem szczurów i pogonią za pieniądzem. Tymczasem pogoń za pieniądzem jest większa, niż w Polsce, bo mieć pieniądz oznacza PRZEŻYĆ. A jeśli chodzi o przeżycie ludzie skłonni są do większych poświęceń, do bardziej drastycznych kroków, niż w przypadku podwyższania tylko standardu życia, do którego Ty jesteś przyzwyczajony. Ty myślisz o wymianie samochodu na nowy/lepszy, przeprowadzkę do lepszej dzielnicy, kupno jeszcze droższych i jeszcze bardziej markowych ciuchów. Kubańczycy nie mają takich marzeń, wiesz?

I na dodatek do tego wszystkiego turyści jeszcze oczekują, że Kubańczycy, niczym małpy w ZOO, będą pokazywać turystom swoje domy, zapraszać ich do swojego życia i chwalić się, gdy tak naprawdę nie ma się czym chwalić. Turystów przewijają się w Hawanie całe tabuny, ileż można znosić zaglądania przez kraty do wnętrz domów? Jak Ty byś się czuł/-a, gdyby taki Kubańczyk, Hindus, Arab czy inny Murzyn przyjechał do Polski i szwędał się po Twojej dzielnicy? Zaglądał Ci w okna, szukał prześwitów w firance, bo to przecież takie ciekawe zobaczyć jak oni mieszkają, co mają w domu, co gotują, jak śpią i co oglądają w tv. W terenie wiejskim poszczucie psem delikwenta gwarantowane. Bo przecież Ty masz swoje konstytucyjne prawo do poszanowania prywatności. A oni?

Na koniec wyobraź sobie, że taki mieszkaniec Karaibów po przylocie do Polski odbiera Cię jako zamkniętego w sobie, nieuśmiechniętego, niepatrzącego w oczy gburowatego typa, którego strach zapytać o drogę. My zaś jesteśmy dumni z polskiej gościnności i otwartości. Naprawdę? Czy wpuściłbyś do swojego domu takiego przyjezdnego z ulicy, żeby obejrzał sobie jak mieszkasz? Czy byłbyś wobec niego uprzejmy i otwarty wiedząc, że taka osoba nic do Twojego życia nie wniesie? Że jesteś dla niej tylko egzotycznym obiektem? Że wejdzie, popatrzy, nacyka fotek i pójdzie? Czy byłbyś radosny i beztroski wiedząc, że jeśli dziś nie pójdziesz na Stare Miasto pozaczepiać turystów, żeby Ci coś dali, to jutro nie będziesz miał na śniadanie? Jesteś pewien, że Twoja polska duma by to zniosła? Ile niechętnych spojrzeń turystów musiałbyś na siebie przyjąć, żeby Twoja ludzka godność przestała cierpieć, że musisz się posuwać do wyjścia na ulicę, by dać swoim dzieciom chleb?

Pomyśl o tym wszystkim i dopiero potem zdecyduj, czy chcesz jechać na Kubę. Czy chcesz karmić wyobraźnię stereotypowymi obrazkami "rum, kobiety i śpiew" i się boleśnie rozczarować czy może przygotować się mentalnie do tych wakacji. A może lepiej jedź gdzieś, gdzie spędzisz naprawdę beztroski czas i nie wrócisz rozczarowany...?

P.S.
Tekst ten dedykuję wszystkim Polakom, którym życzę takiej pogody ducha i optymizmu, które mają Kubańczycy. Póki co, jako naród, mamy może z 10% tego, co mają oni...

Xtream Dream

5 prób. 64 lata. 53 godziny. 110 mil - o 35 więcej niż ktokolwiek kiedykolwiek pokonał wpław. Diana Nyad przepłynęła wczoraj Przesmyk Florydzki. Jako pierwszy człowiek w historii dokonała tego bez klatki ochronnej.

Po wyjściu na brzeg w Key West powiedziała:
"Mam trzy wiadomości. Po pierwsze, nigdy przenigdy nie powinniśmy się poddawać. Po drugie, nigdy nie jesteś za stary, aby spełniać swoje marzenia. Po trzecie, to wygląda na samotny sport, ale jest zespołowy."

Towarzyszyła jej ponad 30-osobowa ekipa na dwóch łodziach i dwóch kajakach. Karmili ją, poili, badali i dbali o to, żeby tym razem natura, w postaci meduz i rekinów, nie pokrzyżowała jej planów. Poprzednie próby bowiem zakończyły się fiaskiem m.in. dlatego, że została poparzona przez meduzy. A meduzy w Morzu Karaibskim należą do rodziny najbardziej parzących i jadowitych. Ekipa na łodzi wyposażona była również w generator słabego pola elektrycznego odstraszającego rekiny.

To, co najbardziej mnie wzrusza w całej tej historii to nie to, że przepłynęła największy dystans, nie to, że dokonała tego pomimo swojego wieku, ale to, że przez tyle lat walczyła o to, żeby spełnić swoje marzenie. Pierwszą próbę przepłynięcia Cieśniny Florydzkiej podjęła bowiem w roku 1978, czyli 35 lat temu! Udało jej się to za piątym razem. Ileż razy to mówimy sobie "do 3 razy sztuka"? Zbyt wiele. Jeśli o czymś marzymy, powinniśmy to robić do skutku, bez względu na przeciwności.

Po jej wyczynie wśród kubańskiej społeczności pojawiły się dowcipy, w iście kuabńskim stylu, że teraz to już nawet tratwy nie potrzeba, żeby uciec z wyspy, że wreszcie szlak przetarty, i tym podobne. Ale w głębi duszy wszyscy ją podziwiają i wierzą, że tak jak jej po wielu latach udało się osiągnąć nieosiągalne, tak Kubańczycy będą mogli kiedyś postawić stopę na Key West. Ale nie schodząc z tratwy po dwóch dobach wiosłowania, tylko płynąc jachtem lub statkiem, już jako wolni ludzie...

Źródło: profil Diany na Facebooku