Lekcja historii i geografii + wyniki ankiety

Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Podaję zatem wyniki ankiety z poprzedniego tygodnia mierzące Waszą znajomość faktów dotyczących Kuby. Test wypełniło ponad 50 osób, co mnie bardzo cieszy, bo to zainteresowanie większe, niż się spodziewałam. Dziękuję! :)

A teraz do rzeczy. Powiem tak: gdybym była Waszą nauczycielką, to bym powiedziała do Was jak moja ś.p. ciocia, nauczycielka niemieckiego, do swoich uczniów, (którą tak na marginesie wszyscy kochali równie mocno, jak mocno owego niemieckiego nienawidzili): Wy Głowy Rycerskie! ;)

No bo jaki tu inny komentarz dać? Jeśli przyjąć, że 60% zalicza test, to - jako grupa - byście u mnie nie zdali. Bo wyszło, że macie wiedzy zaledwie na 57,54%. Jeśli przyjąć, że przy 11 pytaniach, 6 zalicza, to trochę lepiej, bo średnia wyszła 6,33. (Tak na marginesie miało być 10 pytań, ale w ferworze tworzenia ankiety dwa razy dałam pytaniom nr 8 i wyszło 11. I nikt mi nawet nie powiedział, że się rąbnęłam, no wiecie! ;) ). Tylko jedna osoba miała 100% i dostałaby 5. Dwadzieścia osób do kozy! Dwója!

No to teraz zapraszam na lekcję :)

Większość znała odpowiedź, ci, którzy powiedzieli, że Velázquez, myśleli pewnie, że to pytanie z serii tych podchwytliwych. Gdzieś dzwoniło, ale w którym kościele? I co ten Velázquez miał wspólnego z tą Kubą? No trochę miał, bo to on ją podbijał, ale to było trochę później, już po odkryciu przez Kolumba. Zresztą Diego towarzyszył Krzysztofowi dopiero w drugiej wyprawie w tamte rejony w 1493 roku. Potem Velázquez został Gubernatorem Kuby. To też ważna rola, ale nie taka jak odkrycie, ok?


1868? Naprawdę? Wtedy to już Kuba chciała się uniezależnić od Hiszpańskiej Korony!
1 stycznia 1509 był dla zmyły, tak coby znowu w jakimś kościele dzwoniło, bo 1 stycznia 1959 to owszem, ważna data, może się pomylić ;)
1492, Krzysiek pojechał, czy raczej popłynął, Nowy Świat odkrył, a w nim i Kubę, najpiękniejszą ziemię, jaką widziały jego oczy, zapamiętać to trzeba raz na zawsze, bo wstyd!


51% wiedziało, to mnie cieszy, bo to było pytanie z tych trudniejszych. Żeby wszystkich trzech panów przedstawić, musi być osobna notka.



Tutaj to mam zagwozdkę, bo nie wiem nawet jak to skomentować :( Che i Fidel zgarnęli ponad 60%... To świadczy o tym, jak dużo krzywdy wyrządzono umacniając wizerunek Che jako ikony popkultury. Poza tym kłania się kojarzenie faktów - Che, to Rewolucja, a Rewolucja to nie walka o niepodległość - ta miała miejsce 60 lat wcześniej.




Plus za to, że większość wiedziała. Ale nawet jak się nie wie, a było się na Kubie, albo nawet jak się nie było a się weźmie do ręki mapę, to logiczne chyba, że pierwsze osady zakłada się tam, gdzie się przypłynęło, nie? Tylko Baracoa jest na skraju lądu, na samym cypelku wyspy, gdzie łodzie Kolumba dobiły w 1492. Nikt przecież nie będzie jechał wgłąb wyspy po to, żeby zakładać osadę, bo nie wiadomo co na nas na nieznanym lądzie czeka. Trzeba się umiejscowić blisko statków, żeby w razie czego można było szybko uciekać, nie? Bayamo - no też na "B", ale za daleko na lądzie. Velázquez dopiero je założył jak podbijał i jechał wgłąb wyspy. Trinidad to w ogóle z drugiej strony - tamtędy nie płynęli, żeby tu pierwszą osadę założyć.




 Tu miłe zaskoczenie dla mnie, bo jakoś tak epokowo to tę historię ogarniacie :)

Z datami tylko nieco gorzej ;)
1894 - wybuchło pierwsze powstanie przeciw Hiszpanii. W 1895 przybył na wyspę ze Stanów z oddziałami José Martí, walczył i zginął. Potem Stany chciały Kubie "pomóc" uniezależnić się od Hiszpanii (Wojna Amerykańsko-Hiszpańska), ale w efekcie przejęły nad nią kontrolę i było to w roku 1898. W 1902 natomiast Kuba uzyskała już niepodległość.


Geografia się kłania :)

Z górami jeszcze nie najgorzej - tak, najwyższy szczyt to Pico Turquino, 1974 m n.p.m., pasmo Sierra Maestra - tam, gdzie ukrywali się rewolucjoniści, wschód Kuby, koło Santiago de Cuba.

Rzeka to Cauto - 343 km długości, również w tamtym rejonie, wypływa z gór Sierra Maestra, ma swoje źródło na wyskości 600 m n.p.m.

Tylko połowa z Was wiedziała? Tak ważna data, która zmieniła kompletnie losy tej wyspy i doprowadziła do jej ruiny?
26 lipca 1953 - nieudany atak na koszary Moncada. To początki walk rewolucjonistów, ale jeszcze nie triumf...
19 kwietnia 1961 to rozgromienie amerykańskiego oddziału w Zatoce Świń (Fidel już wtedy był u władzy).

No to wydawało mi się oczywistą oczywistością, i Wam też, poza jednym mareado (jak to się mówi na Kubie), który wcale nie wygląda, że celował na chybił-trafił, bo miał 6 dobrych odpowiedzi ;)


Poniżej tabelka z dokładnymi wynikami. Jeśli ktoś pamięta o której godzinie rozwiązywał i chce się znaleźć w tabelce, to do sygnatury czasowej trzeba dodać 9 godzin, bo była ustawiona no moją strefę czasową. W następnej pomyślę jak by tu zrobić, żebyście znali swoje wyniki…

UPDATE: 22 listopada 2015
Ankieta ogłoszona półtora roku temu, ale cały czas jeszcze ją wypełniacie! :) Było to dla mnie super miłym zaskoczeniem, kiedy weszłam i zobaczyłam, że pojawiły się nowe odpowiedzi. Dlatego zamieszczam link do dokumentu, w którym gromadzone są odpowiedzi. Jest tam sygnatura czasowa w pierwszej kolumnie, więc można z dużym prawdopodobieństwem określić, które wyniki są Twoje, jeśli pamiętasz kiedy wypełniałeś/-aś.

Podaję link do uaktualnionych wykresów, tych, które są tu powyżej na screenach, ale uaktualnionych o nowe odpowiedzi.

A TUTAJ można podejrzeć cały dokument:








Chcecie drugi test? Po polsku czy po hiszpańsku? Do piątku czekam na odpowiedzi tutaj w komentarzach i na fejsie :)

Huber Matos nie żyje

Huber Matos Benitez

Huber Matos nie żyje. Zmarł w Miami w wieku 95 lat. Był jednym z przywódców Rewolucji Kubańskiej, i zarazem jedynym tak bliskim współpracownikiem Fidela, któremu udało się przeżyć i po wielu latach więzienia zbiec do USA.

To ogromna strata, ale zdążył zrobić wiele dobrego i wielokrotnie opowiadał, jak Rewolucja wyglądała od środka...

Jest 17:40 czasu polskiego, polskie agencje prasowe jeszcze tej informacji nie podały, dostałam ją z pierwszej ręki od znajomych z Miami, New York Times już przed chwilą ją opublikował.


Photo By Gabematos35 (Own work) [CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons

Callejón de Hamel w Hawanie

 Callejón de Hamel to projekt kubańskiego artysty, urodzonego w Camagüey, a mieszkającego obecnie w Hawanie. Salvador González Escalona jest rzeźbiarzem, malarzem i muralistą, choć z wykształcenia jest technologiem metalurgii.

Jego sztuka określana jest jako połączenie surrealizmu, kubizmu i sztuki abstrakcyjnej, z silnymi wpływami sztuki afrykańskiej i kultury afro-kubańskiej. Pomimo braku formalnego wykształcenia w zakresie sztuk pięknych, jego prace zdobyły uznanie nie tylko lokalne, ale i międzynarodowe. Miał wystawy m.in. w Norwegii, Danii, Hiszpanii i USA. Również jego murale zdobią ulice w innych krajach.

Prace na niewielkiej uliczce, a właściwie pasażu łączącym ulice Aramburu i Hospital w hawańskim centrum niedaleko Uniwersytetu, artysta rozpoczął wiosną 1990 roku. Zaczął najpierw malować ściany, potem przynosić stare przedmioty, takie jak wanny, rury, koła żelazne i wkomponowywać je w okoliczną zabudowę. Do malowania ścian używał wszelkich możliwych farb, które mógł zdobyć, łącznie z resztakmi lakierów samochodowych.

Mówi, że zaraz po tym, jak zaczął, było najtrudniej, bo nastąpił tzw. okres specjalny i na Kubie brakowało wszystkiego, nawet jedzenia, a co dopiero materiałów. Ale okoliczni mieszkańcy wspierali go w jego działaniach, gdyż miejsce zaczęło przyciągać innych lokalnych artystów, a potem turystów. Bez tego miejsca najprawdopodobniej ten kawałek Hawany przekształciłby się w jeszcze jedną zapuszczoną dzielnicę. Dziś jest tu centrum sztuki afrokubańskiej, odbywają się warsztaty malarskie dla najmłodszych, a w każdy piątek i niedzielę organizowane są spotkania z muzyką kubańską. Warto tam zajrzeć zwłaszcza w niedzielne przedpołudnie, od 11 całą ulicą i wszystkimi, którzy tam przybędą, włada niepodzielnie rumba.

Można tam również spotkać lokalnych Santeros, chociaż moim zdaniem to, co oferują, dalece odbiegło już od prawdziwej Santerii, a stało się kulturalnym towarem, który sprzedaje się turystom. Nie sama Santería, która jest na Kubie bardzo silna, ale te prawdziwe obrzędy odbywają się przeważnie przy drzwiach zamkniętych dla turystów.

Żeby tam dotrzeć trzeba zejść nieco z utartego szlaku. Ale można je śmiało wpisać w trasę pomiędzy Starą Hawaną a Placem Rewolucji. Sami zobaczcie i oceńcie czy warto to miejsce odwiedzić. Jeśli ktoś z Was był, może zechce się podzielić wrażeniami. Mnie się to miejsce podoba, chociaż wolę je wtedy, kiedy jest spokojne, można połazić i poprzyglądać się tym wszystkim "wynalazkom". To, co mnie ujmuje, to kolory, ale to bardzo typowe dla Kuby - żywe, nasycone, które w słoneczny dzień są tak naprawdę w swoim apogeum. To nie Trinidad, gdzie dobrze jest pochodzić, gdy ma się ku zachodowi. Tu trzeba być w południe, w pełnym słońcu, wtedy, gdy ten niemiłosierny żar leje się z nieba, ale który jednocześnie wydobywa wszystkie kontrasty kolorów i kształtów...





Ten pan chciał oczywiście pieniądze za pozowanie...
























A to dosłownie tuż obok Callejon de Hamel...



Callejon de Hamel
San Lazaro # 955
E/ Aramburu y Hospital
Centro Habana,
La Habana, Cuba

Co Ty wiesz o Kubie?

Zapraszam Was dzisiaj do zabawy. Zrobiłam krótką ankietę na temat znajomości podstawowych faktów dotyczących Kuby. Jeśli ktoś z Was ma ochotę się zmierzyć, to zapraszam :) Jeżeli się spodoba, pomyślę o czymś trudniejszym. Wyniki opublikuję w sobotę za tydzień. Zobaczymy czy takimi fanami Kuby jesteście, na jakich się malujecie...

Tylko bez zaglądania do Wikipedii, ok? ;-)


Czy któreś pytanie sprawiło Ci szczególną trudność? Jeśli tak, podziel się w komentarzu.

Wyniki ankiety ze szczegółowym komentarzem znajdują się TUTAJ.

15 rzeczy, których o mnie nie wiedzieliście

Ktoś mi kiedyś powiedział, że mało jest na tym blogu mnie. Że owszem, dużo informacji, często takich, które ewidentnie nie wynikają z wiedzy książkowej czy przewodnikowej, tylko z własnych doświadczeń, ale że gdzieś w tym wszystkim trudno wyczytać cokolwiek o mnie i mnie rozgryźć.

Na samym początku prowadziłam bloga tylko pod pseudonimem, nie było strony 'o mnie' i przyznaję, zupełnie nie chciałam się z nim afiszować, bo - mimo że raczej nie piszę o polityce - to jest parę takich tekstów, które przedstawicielom reżimu mogłyby się nie spodobać i pomimo, że blog ma zasięg niewielki, to gdyby ktoś niepowołany go odkrył, mój mąż (jeszcze wtedy na Kubie) mógłby mieć z tego tytułu nieprzyjemności, a ja ryzykowałam niewpuszczenie mnie na wyspę przy najbliższej okazji. Wolałam więc dmuchać na zimne.

I jakoś ta blokada przełożyła się na to, że i o sobie zbyt wiele nie pisałam. Poza tym kłania się tu również trochę moja introwertyczna natura. A że nie jest to blog lajfstajlowy, to stwierdziłam, że spokojnie mogę sobie stać w cieniu serwowanych informacji. Ale zgadzam się, że w przypadku bloga to autor i jego osobowość, podejście do życia i opisywanych zdarzeń, nadaje w dużej mierze smak pisaniu.

Kilka razy dostałam różne pytania osobiste, odnośnie tego jak to się zaczęło z tą Kubą, mojego męża i naszego związku, ucieczki do Stanów itd. itp., ale to raczej historia na książkę, a nie na post. Dzisiaj chciałabym się pokazać z nieco innej, bardziej ludzkiej niż kubańskiej, strony ;)

  1. Mieszkamy w Stanach zupełnie sami, tzn. cała moja rodzina została w Polsce, a cała rodzina mojego męża na Kubie.
  2. W domu rozmawiamy po hiszpańsku (czy raczej po kubańsku - o różnicach językowych pomiędzy español castellano y español cubano zamierzam napisać w najbliższym czasie). A na codzień posługuję się trzema językami: polskim, hiszpańskim i angielskim, chociaż polskim ostatnio najmniej. Dodam nieskromnie, że potrafię porozumieć się w siedmiu.
  3. Oficjalnie w paszporcie mam dwa imiona i dwa nazwiska - jedno oczywiście po mężu. Tak, dwa nazwiska, nie jedno dwuczłonowe z myślnikiem. Ale jeśli mam być szczera to jest to pain in the a** ;) Wszystkie rachunki przychodzą z błędami, poprzestawianymi inicjałami czy pozamienianymi imionami z nazwiskami.
  4. Mam o 13 lat młodszą siostrę, która jest atrakcyjną blondynką o długich blond włosach i dużych niebieskich oczach (wszelkie skojarzenia i projekcje są prywatną sprawą czytających a autorka nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne wynikające z nich konsekwencje ;) ), i która na Kubie nie mogła się opędzić od absztyfikantów ;)
  5. Kocham psy. Odkąd pamiętam w domu był pies i tylko krótkie okresy w moim życiu były bez psa i zawsze wtedy tęskniłam na tyle, że w przedziwny sposób stawałam się (trzykrotnie) właścielką znajd i przybłęd. Ostatnia z nich - Floryda - mieszka obecnie z moją Mamą, gdyż ze względów "technicznych" nie mogliśmy jej zabrać do Stanów. A tak na marginesie uważam to za przedziwny zbieg okoliczności, że Floryda została Florydą duuużo zanim jeszcze się nawet pojawiła idea wyjazdu do Stanów, a gdy wyemigrowaliśmy początkowo mieszkaliśmy na... Florydzie! Co więcej, nasza poprzednia sunia nazywała się Alaska (była z nami przez 17 lat i była najcudowniejszym psem pod słońcem, a jej imię wzięło się się od serialu "Przystanek Alaska", który leciał w tv wtedy, kiedy ją wzięliśmy), a my teraz mieszkamy w Seattle, mieście nazywanym "Gate to Alaska"...
  6. Nie lubię oglądać po raz kolejny tego samego filmu. Po pierwsze czuję się, jakbym przeżywała deja vu, po drugie uważam, że jest tyle filmów na świecie i ciągle powstają nowe i nowe, że oglądanie po raz drugi tego samego jest zwyczajną stratą czasu. Do obejrzenia czegoś ponownie nie przekonuje mnie nawet moja dziwaczna przypadłość jaką jest... zapominanie zakończeń filmów. Serio! Czasem rozmawiając z kimś na temat jakiegoś filmu, pamiętając tytuł, aktorów i fabułę, wypalam: "ale jak ten film się właściwie skończył?". Co wywołuje z kolei dziwaczny wyraz twarzy mojego rozmówcy ;)
  7. Nigdy nie pracowałam na etacie.
  8. Uwielbiam prowadzić samochód, mam bardzo dobrą orientację w terenie (zawsze wiem np. gdzie jest północ i nie wiem skąd to wiem ;) ), rzadko się gdziekolwiek gubię i zwykle jeżdżę bez GPS'a, a jeśli już go włączam to po to, żeby ominąć korki.
  9. Jedno z moich najfajniejszych przeżyć z adrenaliną to skok w tandemie ze spadochronem i planuję to powtórzyć :)
  10. Nigdy nie byłam od niczego uzależniona, ale teraz przyznaję, że jestem uzależniona od kubańskiej kawy. Ze względu na smak i na moc. Organicznie nie znoszę tutejszych americano, moja jest tak mocna, że możnaby zrobić z niej trzy amerykańskie lury. Ale za to piję tylko jedną dziennie, rano i jest to pierwsza rzecz, którą robię każdego dnia. No dobra, wcześniej jeszcze myję zęby ;) Tak więc musi być mocna, z odrobiną mleka i łyżeczką brązowego cukru. No i może być z dodatkiem tego, jeśli akurat w domu jest ;)
  11. Uwielbiam lody we wszystkich smakach i kolorach.
  12. Tylko raz w życiu miałam krótkie włosy.
  13. Mam tatuaż w seksownym miejscu ;)
  14. Regularnie medytuję i ćwiczę jogę.
  15. Od prawie 14 lat choruję na miastenię - dość rzadką, przewlekłą, autoimmunologiczną chorobę mięśni, która zmieniła wiele moich życiowych planów, nieraz położyła mnie do szpitalnego łóżka, bywa czasem upierdliwa na codzień (jeśli kiedyś mnie spotkacie na żywo, to mój dziwny nosowy głos to właśnie jej sprawka), ale nie przeszkodziła mi - hmm, jak by to ująć, żeby nie zabrzmiało tkliwie czy patatetycznie... - w robieniu wszystkiego po swojemu, powiedzmy ;)
No dobra, styknie tego uzewnętrzniania się, ale jak komuś mało albo chciałby o coś dopytać, to zapraszam do komentowania. O nic się nie obrażę, serio :) Najwyżej odpowiem, że moja introwertyczna natura nie radzi sobie z pytaniem ;)

Cuba Mi Amor i Travelery National Geographic 2013

Czy to się dzieje naprawdę? Ja i Travelery National Geographic? Seriously? Miałam tę wątpliwość przez naprawdę długą chwilę, kiedy po obudzeniu się weszłam na fejsa i zobaczyłam te wszystkie informacje i gratulacje. Wszyscy zdążyli się już o tym dowiedzieć oprócz mnie, bo ja... spałam! ;) Strefa czasowa -9h w stosunku do Polski zwykle działa na moją korzyść, bo jak u mnie się jeszcze dzień nie skończył, to u Was się już zaczyna nowy, a że ja zawsze i ze wszystkim jestem na ostatnią chwilę, to często mi to ratuje skórę. Ale, tak jak w tym przypadku, różnica czasu bywa przewrotna ;)

Przyznam, że ta nominacja jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Znalazłam się wśród "Wielkich" - po pierwsze tych, którzy zasiadają w kapitule konkursu, po drugie - nominowanych. Paczki w podróży i Paragon z podróży to pierwsza liga, laureaci ubiegłorocznych edycji onetowego Bloga Roku. Naprawdę czuję się ogromnie doceniona i zaszczycona, bo zdaję sobie sprawę z niszowości mojego bloga. I trochę mi nawet teraz przykro, że wielokrotnie go tak po macoszemu traktowałam - zawsze był tylko odskocznią, pisaniem w wolnym czasie, a że nie jest to typowy blog podróżniczy, bardziej życiowy, a życie bywa różne, to i z tym blogiem bywało różnie. Powiedzieć Wam coś w tajemnicy? ;) Mam więcej nieopublikowanych postów w wersjach roboczych, niż tych opublikowanych...

Przy takim obrocie sprawy nie pozostaje mi nic innego, jak zacząć publikować te nieopublikowane posty plus te, które siedzą gdzieś w głowie, w wersjach jeszcze bardziej roboczych, wszystkie te drobiazgi, idee, historie, wspomnienia i codzienne zdarzenia, które nadają się do opowiedzenia tylko dlatego, że mieszka się z Kubańczykiem pod jednym dachem, a to już z definicji nie jest nudne ;)

Dziękuję Wam wszystkim, którzy to czytacie, którzy wchodzicie i czytacie, zaglądacie, czasem komentujecie a czasem nie, czasem przyślecie jakiegoś zaczepnego maila, że co to się dzieje, że nic na blogu nie ma (będzie, Panie Wojtku, będzie! ;) ), bo to Wasza zasługa, że ten blog żyje.

Dziękuję NG za tę nominację, za to, że ktoś mnie dostrzegł w tym oceanie już polskich blogów podróżniczych. Ktoś dostrzegł, ktoś pokazał drugiemu, ktoś przeczytał, ktoś zdecydował. Wiem, że za tym bezosobowym NG i "ktosiem" stoją prawdziwi ludzie, którzy z pewnością włożyli masę czasu i wysiłku, żeby tę nominowaną piątkę wybrać. Dziękuję raz jeszcze.

Dziękuję na koniec mojej Armii Aniołów, która gdzieś tam nade mną czuwa, wodzi moimi palcami po klawiaturze, czasem po mapie, pchnie mnie od czasu do czasu to tu to tam - raz na Kubę, raz do Stanów, ale gdziekolwiek by to nie było i jakkolwiek droga nie byłaby wyboista, zawsze pozwala mi spaść na cztery łapy (no w końcu zodiakalny Lew ;) ).

Noclegi na Kubie (casas particulares)

Turyści zagraniczni mogą nocować tylko w hotelach lub oficjalnie zatwierdzonych kwaterach (casas particulares) posiadających odpowiednią licencję. Kubańczycy oferujący zakwaterowanie "na lewo" ryzykują kary finansowe, a nawet utratę lokalu mieszkalnego.

Oficjalnie zatwierdzona i wpisana do rejestru casa particular powinna mieć umieszczony w widocznym miejscu z zewnątrz (najczęściej nad drzwiami) taki oto niebieski znaczek jak na fotografii powyżej. Takie same znaczki w kolorze czerwonym oznaczają kwatery dla Kubańczyków płatne w peso nacional. Turystom nie wolno w nich nocować.

Jeśli ktoś jednak ma na Kubie rodzinę lub znajomych i chciałby u nich zamieszkać, powinien zostać zarejestrowany w terytorialnie właściwej delegaturze Inmigración y Extranjeria (uiszczając odpowiednią opłatę w CUC), gdyż na Kubie istnieje obowiązek meldunkowy. Niedopełnienie tego obowiązku może skutkować karą finansową dla osoby użyczającej noclegu (800 CUC) lub konfiskatą mieszkania.

Z tego też powodu na Kubie nie funkcjonuje CouchSurfing w typowym wydaniu, czyli nocowanie za ładny uśmiech. Tzn. są Kubańczycy, którzy oferują nocleg poprzez ten serwis, jednak wszyscy oni promują w ten sposób swoje kwatery i nawet jeśli wprost o tym nie piszą, należy się spodziewać, że nie będzie to nocleg za free.

Jest wiele stron oferujących pośrednictwo w rezerwacji noclegów. Znajdziecie je wpisując w wyszukiwarkę "casas pariculares". Adresów sprawdzonych kwater najlepiej szukać na forach internetowych (jest spory wątek na polskim goldenline, jest mnóstwo na tripadvisor), gdyż standard pokoi jest bardzo zróżnicowany, a oficjalne rankingi nie istnieją. Ceny zaczynają się od 15 CUC za pokój, do... górna granica jest bardzo płynna, bo oprócz skromnych kwater można wynająć wypasioną hawirę z basenem ;)

Ceny pokoi w hotelach zaczynają się od 50 CUC. Generalnie standard hoteli jest zaniżony w stosunku do Europy czy Stanów, dlatego wybierając nasze średnie 3* należy się spodziewać, że zastaniemy tam co najwyżej standard dwugwiazdkowy.

Nocleg, jeśli nie macie wykupionego pakietu w hotelu, powinniście mieć zarezerwowany na pierwsze noce (przypominam, że rezerwacja potrzeban jest do otrzymania tarjeta de turista), a potem dalej już wszystko się rezerwuje "pocztą pantoflową", tzn. właściciel casy, w której mieszkacie dzwoni dzień wcześniej do miasta, do którego się właśnie udajecie i rezerwuje Wam tam pokój u swoich znajomków. Wszystko płynnie i bezboleśnie z pomocą tylko tradycyjnego telefonu, nie żadnych tam komórek czy internetów ;)

Na Kubie rozbijanie namiotów na dziko jest nielegalne i niebezpieczne ze względu na powszechną biedę i potencjalnie łatwy łup dla złodzieja. Istnieją pola namiotowe, ale z bardzo kiepską infrastrukturą. A biorąc pod uwagę niskie ceny kwater, to rozbijanie się na polu bez dostępu do porządnej łazienki czy ciepłej wody może okazać się średnio trafionym pomysłem.

Jeszcze jedno - pytacie mnie w mailach prosząc o polecenie kwatery, ale tu nie pomogę za wiele, bo ja w casie nocowałam może ze dwa razy, zawsze się zatrzymywałam u rodzinych, znajomych lub krewnych i znajomych królika ;)