Huber Matos nie żyje

Huber Matos Benitez

Huber Matos nie żyje. Zmarł w Miami w wieku 95 lat. Był jednym z przywódców Rewolucji Kubańskiej, i zarazem jedynym tak bliskim współpracownikiem Fidela, któremu udało się przeżyć i po wielu latach więzienia zbiec do USA.

To ogromna strata, ale zdążył zrobić wiele dobrego i wielokrotnie opowiadał, jak Rewolucja wyglądała od środka...

Jest 17:40 czasu polskiego, polskie agencje prasowe jeszcze tej informacji nie podały, dostałam ją z pierwszej ręki od znajomych z Miami, New York Times już przed chwilą ją opublikował.


Photo By Gabematos35 (Own work) [CC-BY-SA-3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], via Wikimedia Commons

Callejón de Hamel w Hawanie

 Callejón de Hamel to projekt kubańskiego artysty, urodzonego w Camagüey, a mieszkającego obecnie w Hawanie. Salvador González Escalona jest rzeźbiarzem, malarzem i muralistą, choć z wykształcenia jest technologiem metalurgii.

Jego sztuka określana jest jako połączenie surrealizmu, kubizmu i sztuki abstrakcyjnej, z silnymi wpływami sztuki afrykańskiej i kultury afro-kubańskiej. Pomimo braku formalnego wykształcenia w zakresie sztuk pięknych, jego prace zdobyły uznanie nie tylko lokalne, ale i międzynarodowe. Miał wystawy m.in. w Norwegii, Danii, Hiszpanii i USA. Również jego murale zdobią ulice w innych krajach.

Prace na niewielkiej uliczce, a właściwie pasażu łączącym ulice Aramburu i Hospital w hawańskim centrum niedaleko Uniwersytetu, artysta rozpoczął wiosną 1990 roku. Zaczął najpierw malować ściany, potem przynosić stare przedmioty, takie jak wanny, rury, koła żelazne i wkomponowywać je w okoliczną zabudowę. Do malowania ścian używał wszelkich możliwych farb, które mógł zdobyć, łącznie z resztakmi lakierów samochodowych.

Mówi, że zaraz po tym, jak zaczął, było najtrudniej, bo nastąpił tzw. okres specjalny i na Kubie brakowało wszystkiego, nawet jedzenia, a co dopiero materiałów. Ale okoliczni mieszkańcy wspierali go w jego działaniach, gdyż miejsce zaczęło przyciągać innych lokalnych artystów, a potem turystów. Bez tego miejsca najprawdopodobniej ten kawałek Hawany przekształciłby się w jeszcze jedną zapuszczoną dzielnicę. Dziś jest tu centrum sztuki afrokubańskiej, odbywają się warsztaty malarskie dla najmłodszych, a w każdy piątek i niedzielę organizowane są spotkania z muzyką kubańską. Warto tam zajrzeć zwłaszcza w niedzielne przedpołudnie, od 11 całą ulicą i wszystkimi, którzy tam przybędą, włada niepodzielnie rumba.

Można tam również spotkać lokalnych Santeros, chociaż moim zdaniem to, co oferują, dalece odbiegło już od prawdziwej Santerii, a stało się kulturalnym towarem, który sprzedaje się turystom. Nie sama Santería, która jest na Kubie bardzo silna, ale te prawdziwe obrzędy odbywają się przeważnie przy drzwiach zamkniętych dla turystów.

Żeby tam dotrzeć trzeba zejść nieco z utartego szlaku. Ale można je śmiało wpisać w trasę pomiędzy Starą Hawaną a Placem Rewolucji. Sami zobaczcie i oceńcie czy warto to miejsce odwiedzić. Jeśli ktoś z Was był, może zechce się podzielić wrażeniami. Mnie się to miejsce podoba, chociaż wolę je wtedy, kiedy jest spokojne, można połazić i poprzyglądać się tym wszystkim "wynalazkom". To, co mnie ujmuje, to kolory, ale to bardzo typowe dla Kuby - żywe, nasycone, które w słoneczny dzień są tak naprawdę w swoim apogeum. To nie Trinidad, gdzie dobrze jest pochodzić, gdy ma się ku zachodowi. Tu trzeba być w południe, w pełnym słońcu, wtedy, gdy ten niemiłosierny żar leje się z nieba, ale który jednocześnie wydobywa wszystkie kontrasty kolorów i kształtów...





Ten pan chciał oczywiście pieniądze za pozowanie...
























A to dosłownie tuż obok Callejon de Hamel...



Callejon de Hamel
San Lazaro # 955
E/ Aramburu y Hospital
Centro Habana,
La Habana, Cuba

Co Ty wiesz o Kubie?

Zapraszam Was dzisiaj do zabawy. Zrobiłam krótką ankietę na temat znajomości podstawowych faktów dotyczących Kuby. Jeśli ktoś z Was ma ochotę się zmierzyć, to zapraszam :) Jeżeli się spodoba, pomyślę o czymś trudniejszym. Wyniki opublikuję w sobotę za tydzień. Zobaczymy czy takimi fanami Kuby jesteście, na jakich się malujecie...

Tylko bez zaglądania do Wikipedii, ok? ;-)


Czy któreś pytanie sprawiło Ci szczególną trudność? Jeśli tak, podziel się w komentarzu.

Wyniki ankiety ze szczegółowym komentarzem znajdują się TUTAJ.

15 rzeczy, których o mnie nie wiedzieliście

Ktoś mi kiedyś powiedział, że mało jest na tym blogu mnie. Że owszem, dużo informacji, często takich, które ewidentnie nie wynikają z wiedzy książkowej czy przewodnikowej, tylko z własnych doświadczeń, ale że gdzieś w tym wszystkim trudno wyczytać cokolwiek o mnie i mnie rozgryźć.

Na samym początku prowadziłam bloga tylko pod pseudonimem, nie było strony 'o mnie' i przyznaję, zupełnie nie chciałam się z nim afiszować, bo - mimo że raczej nie piszę o polityce - to jest parę takich tekstów, które przedstawicielom reżimu mogłyby się nie spodobać i pomimo, że blog ma zasięg niewielki, to gdyby ktoś niepowołany go odkrył, mój mąż (jeszcze wtedy na Kubie) mógłby mieć z tego tytułu nieprzyjemności, a ja ryzykowałam niewpuszczenie mnie na wyspę przy najbliższej okazji. Wolałam więc dmuchać na zimne.

I jakoś ta blokada przełożyła się na to, że i o sobie zbyt wiele nie pisałam. Poza tym kłania się tu również trochę moja introwertyczna natura. A że nie jest to blog lajfstajlowy, to stwierdziłam, że spokojnie mogę sobie stać w cieniu serwowanych informacji. Ale zgadzam się, że w przypadku bloga to autor i jego osobowość, podejście do życia i opisywanych zdarzeń, nadaje w dużej mierze smak pisaniu.

Kilka razy dostałam różne pytania osobiste, odnośnie tego jak to się zaczęło z tą Kubą, mojego męża i naszego związku, ucieczki do Stanów itd. itp., ale to raczej historia na książkę, a nie na post. Dzisiaj chciałabym się pokazać z nieco innej, bardziej ludzkiej niż kubańskiej, strony ;)

  1. Mieszkamy w Stanach zupełnie sami, tzn. cała moja rodzina została w Polsce, a cała rodzina mojego męża na Kubie.
  2. W domu rozmawiamy po hiszpańsku (czy raczej po kubańsku - o różnicach językowych pomiędzy español castellano y español cubano zamierzam napisać w najbliższym czasie). A na codzień posługuję się trzema językami: polskim, hiszpańskim i angielskim, chociaż polskim ostatnio najmniej. Dodam nieskromnie, że potrafię porozumieć się w siedmiu.
  3. Oficjalnie w paszporcie mam dwa imiona i dwa nazwiska - jedno oczywiście po mężu. Tak, dwa nazwiska, nie jedno dwuczłonowe z myślnikiem. Ale jeśli mam być szczera to jest to pain in the a** ;) Wszystkie rachunki przychodzą z błędami, poprzestawianymi inicjałami czy pozamienianymi imionami z nazwiskami.
  4. Mam o 13 lat młodszą siostrę, która jest atrakcyjną blondynką o długich blond włosach i dużych niebieskich oczach (wszelkie skojarzenia i projekcje są prywatną sprawą czytających a autorka nie ponosi odpowiedzialności za ewentualne wynikające z nich konsekwencje ;) ), i która na Kubie nie mogła się opędzić od absztyfikantów ;)
  5. Kocham psy. Odkąd pamiętam w domu był pies i tylko krótkie okresy w moim życiu były bez psa i zawsze wtedy tęskniłam na tyle, że w przedziwny sposób stawałam się (trzykrotnie) właścielką znajd i przybłęd. Ostatnia z nich - Floryda - mieszka obecnie z moją Mamą, gdyż ze względów "technicznych" nie mogliśmy jej zabrać do Stanów. A tak na marginesie uważam to za przedziwny zbieg okoliczności, że Floryda została Florydą duuużo zanim jeszcze się nawet pojawiła idea wyjazdu do Stanów, a gdy wyemigrowaliśmy początkowo mieszkaliśmy na... Florydzie! Co więcej, nasza poprzednia sunia nazywała się Alaska (była z nami przez 17 lat i była najcudowniejszym psem pod słońcem, a jej imię wzięło się się od serialu "Przystanek Alaska", który leciał w tv wtedy, kiedy ją wzięliśmy), a my teraz mieszkamy w Seattle, mieście nazywanym "Gate to Alaska"...
  6. Nie lubię oglądać po raz kolejny tego samego filmu. Po pierwsze czuję się, jakbym przeżywała deja vu, po drugie uważam, że jest tyle filmów na świecie i ciągle powstają nowe i nowe, że oglądanie po raz drugi tego samego jest zwyczajną stratą czasu. Do obejrzenia czegoś ponownie nie przekonuje mnie nawet moja dziwaczna przypadłość jaką jest... zapominanie zakończeń filmów. Serio! Czasem rozmawiając z kimś na temat jakiegoś filmu, pamiętając tytuł, aktorów i fabułę, wypalam: "ale jak ten film się właściwie skończył?". Co wywołuje z kolei dziwaczny wyraz twarzy mojego rozmówcy ;)
  7. Nigdy nie pracowałam na etacie.
  8. Uwielbiam prowadzić samochód, mam bardzo dobrą orientację w terenie (zawsze wiem np. gdzie jest północ i nie wiem skąd to wiem ;) ), rzadko się gdziekolwiek gubię i zwykle jeżdżę bez GPS'a, a jeśli już go włączam to po to, żeby ominąć korki.
  9. Jedno z moich najfajniejszych przeżyć z adrenaliną to skok w tandemie ze spadochronem i planuję to powtórzyć :)
  10. Nigdy nie byłam od niczego uzależniona, ale teraz przyznaję, że jestem uzależniona od kubańskiej kawy. Ze względu na smak i na moc. Organicznie nie znoszę tutejszych americano, moja jest tak mocna, że możnaby zrobić z niej trzy amerykańskie lury. Ale za to piję tylko jedną dziennie, rano i jest to pierwsza rzecz, którą robię każdego dnia. No dobra, wcześniej jeszcze myję zęby ;) Tak więc musi być mocna, z odrobiną mleka i łyżeczką brązowego cukru. No i może być z dodatkiem tego, jeśli akurat w domu jest ;)
  11. Uwielbiam lody we wszystkich smakach i kolorach.
  12. Tylko raz w życiu miałam krótkie włosy.
  13. Mam tatuaż w seksownym miejscu ;)
  14. Regularnie medytuję i ćwiczę jogę.
  15. Od prawie 14 lat choruję na miastenię - dość rzadką, przewlekłą, autoimmunologiczną chorobę mięśni, która zmieniła wiele moich życiowych planów, nieraz położyła mnie do szpitalnego łóżka, bywa czasem upierdliwa na codzień (jeśli kiedyś mnie spotkacie na żywo, to mój dziwny nosowy głos to właśnie jej sprawka), ale nie przeszkodziła mi - hmm, jak by to ująć, żeby nie zabrzmiało tkliwie czy patatetycznie... - w robieniu wszystkiego po swojemu, powiedzmy ;)
No dobra, styknie tego uzewnętrzniania się, ale jak komuś mało albo chciałby o coś dopytać, to zapraszam do komentowania. O nic się nie obrażę, serio :) Najwyżej odpowiem, że moja introwertyczna natura nie radzi sobie z pytaniem ;)

Cuba Mi Amor i Travelery National Geographic 2013

Czy to się dzieje naprawdę? Ja i Travelery National Geographic? Seriously? Miałam tę wątpliwość przez naprawdę długą chwilę, kiedy po obudzeniu się weszłam na fejsa i zobaczyłam te wszystkie informacje i gratulacje. Wszyscy zdążyli się już o tym dowiedzieć oprócz mnie, bo ja... spałam! ;) Strefa czasowa -9h w stosunku do Polski zwykle działa na moją korzyść, bo jak u mnie się jeszcze dzień nie skończył, to u Was się już zaczyna nowy, a że ja zawsze i ze wszystkim jestem na ostatnią chwilę, to często mi to ratuje skórę. Ale, tak jak w tym przypadku, różnica czasu bywa przewrotna ;)

Przyznam, że ta nominacja jest dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Znalazłam się wśród "Wielkich" - po pierwsze tych, którzy zasiadają w kapitule konkursu, po drugie - nominowanych. Paczki w podróży i Paragon z podróży to pierwsza liga, laureaci ubiegłorocznych edycji onetowego Bloga Roku. Naprawdę czuję się ogromnie doceniona i zaszczycona, bo zdaję sobie sprawę z niszowości mojego bloga. I trochę mi nawet teraz przykro, że wielokrotnie go tak po macoszemu traktowałam - zawsze był tylko odskocznią, pisaniem w wolnym czasie, a że nie jest to typowy blog podróżniczy, bardziej życiowy, a życie bywa różne, to i z tym blogiem bywało różnie. Powiedzieć Wam coś w tajemnicy? ;) Mam więcej nieopublikowanych postów w wersjach roboczych, niż tych opublikowanych...

Przy takim obrocie sprawy nie pozostaje mi nic innego, jak zacząć publikować te nieopublikowane posty plus te, które siedzą gdzieś w głowie, w wersjach jeszcze bardziej roboczych, wszystkie te drobiazgi, idee, historie, wspomnienia i codzienne zdarzenia, które nadają się do opowiedzenia tylko dlatego, że mieszka się z Kubańczykiem pod jednym dachem, a to już z definicji nie jest nudne ;)

Dziękuję Wam wszystkim, którzy to czytacie, którzy wchodzicie i czytacie, zaglądacie, czasem komentujecie a czasem nie, czasem przyślecie jakiegoś zaczepnego maila, że co to się dzieje, że nic na blogu nie ma (będzie, Panie Wojtku, będzie! ;) ), bo to Wasza zasługa, że ten blog żyje.

Dziękuję NG za tę nominację, za to, że ktoś mnie dostrzegł w tym oceanie już polskich blogów podróżniczych. Ktoś dostrzegł, ktoś pokazał drugiemu, ktoś przeczytał, ktoś zdecydował. Wiem, że za tym bezosobowym NG i "ktosiem" stoją prawdziwi ludzie, którzy z pewnością włożyli masę czasu i wysiłku, żeby tę nominowaną piątkę wybrać. Dziękuję raz jeszcze.

Dziękuję na koniec mojej Armii Aniołów, która gdzieś tam nade mną czuwa, wodzi moimi palcami po klawiaturze, czasem po mapie, pchnie mnie od czasu do czasu to tu to tam - raz na Kubę, raz do Stanów, ale gdziekolwiek by to nie było i jakkolwiek droga nie byłaby wyboista, zawsze pozwala mi spaść na cztery łapy (no w końcu zodiakalny Lew ;) ).