Kolędy po hiszpańsku



Blanca Navidad

Oh blanca navidad 
sueño que todo es blanco al rededor 
blanca noche buena 
mi mensajera de paz y de buen amor 

Oh blanca navidad 
nieva un blanco sueño y un cantar 
la nostalgia vuelve al hogar 
al llegar la blanca navidad 

Blanca noche buena 
mi mensajera de paz y de buen amor 
oh blanca navidad 
nieva un blanco sueño y un cantar 
la nostalgia vuelve al hogar 
al llegar la blanca navidad




El Abeto


Qué verdes son,
qué verdes son
las hojas del abeto.

Qué verdes son,
qué verdes son
las hojas del abeto.

En Navidad
qué hermoso está
con su brillar
de luces mil.

Qué verdes son,
qué verdes son
las hojas del abeto.

Qué verdes son,
qué verdes son
las hojas del abeto.
Qué verdes son,
qué verdes son
las hojas del abeto.

Sus ramas siempre
airosas son,
su aroma es
encantador.

Qué verdes son,
qué verdes son
las hojas del abeto.




Navidad

Campana por doquier
resuenan sin cesar,
proclaman con placer
que hoy es Navidad.

Los niños con canción
la grata nueva dan
de este día de amor
y buena voluntad.

Navidad, Navidad,
hoy es Navidad,
es un día de alegría
y felicidad.

Navidad, Navidad,
hoy es Navidad,
es un día de alegría
y felicidad.

El niño de Belén
nos trae la salvación
con jubilo sin par
se entona la canción:
yo te amo, mi señor,
tus glorias cantaré,
en este día tan feliz
me regocijaré.

Navidad, Navidad,
hoy es Navidad,
es un día de alegría
y felicidad

Navidad, Navidad,
hoy es Navidad,
es un día de alegría
y felicidad.






Noche De Paz

Noche de paz, noche de amor,
Todo duerme en derredor.
Entre sus astros que esparcen su luz
Bella anunciando al niñito Jesús
Brilla la estrella de paz
Brilla la estrella de paz

Noche de paz, noche de amor,
Todo duerme en derredor
Sólo velan en la oscuridad
Los pastores que en el campo están;
Y la estrella de Belén
Y la estrella de Belén

Noche de paz, noche de amor,
Todo duerme en derredor;
sobre el santo niño Jesús
Una estrella esparce su luz,
Brilla sobre el Rey
Brilla sobre el Rey.

Noche de paz, noche de amor,
Todo duerme en derredor
Fieles velando allí en Belén
Los pastores, la madre también.
Y la estrella de paz
Y la estrella de paz





El Trineo

La Navidad,
la nieve ya cayó,
alegre es correr
los montes sin temor.

En mi trineo azul
cantando vuelo yo,
resuenan cascabeles a compás de mi canción.

Clin, clan, clon, clin clan clon
corre, corre más
soy feliz,
libre y feliz
deslizándome sin fin.

Clin, clan, clon, clin clan clon
corre, corre más
soy feliz,
libre y feliz
deslizándome sin fin.

Es la Navidad,
la nieve ya cayó,
alegre es correr
los montes sin temor.

En mi trineo azul
cantando vuelo yo,
resuenan cascabeles a compás de mi canción.

Clin, clan, clon, clin clan clon
corre, corre más
soy feliz,
libre y feliz
deslizándome sin fin.

Clin, clan, clon, clin clan clon
corre, corre más
soy feliz,
libre y feliz
deslizándome sin fin.

Strony i blogi pomocne w nauce hiszpańskiego

Wygląda na to, że o języku hiszpańskim powstanie na blogu cały osobny cykl, bo temat cieszy się dużym zainteresowaniem, co z kolei cieszy mnie :)



Jak pisałam już wcześniej, ja uczyłam się tylko z książek i z różnego typu kserówek na kursach i na studiach, więc żadnych kursów multimedialnych z empiku czy też gdzieś z internetów Wam nie będę polecać, bo żadnego po prostu nie testowałam, a teraz to już trochę "po ptokach" ;) Ale z kolei będąc z tej drugiej strony, czasem wpadam na jakieś strony czy blogi, ludzi uczących języka i na podstawie zawartości i metody tłumaczenia, mogę się w miarę szybko zorientować, czy coś jest warte polecenia, czy nie koniecznie.

Zebrałam więc dzisiaj kilka blogów poświęconych nauce języka hiszpańskiego oraz kilka stron, na które przy okazji trafiłam. Mam nadzieję, że będą stanowić motywację do podnoszenia Waszych umiejętności. Nowy rok się zbliża, może więc warto zrobić jakieś postanowienia, co? :)


Blogi:

Złap hiszpański za rogi - chyba najlepszy blog po polsku o nauce języka hiszpańskiego. Gramatyka, słownictwo, przysłowia, do tego Kasia świetnie tłumaczy, zwłaszcza zawiłe subjuntivo.
Hiszpański na luzie - Dorota mieszka w Hiszpanii i na swoim blogu świetnie łączy naukę języka z wiedzą o Hiszpanii.
Hiszpanarium - podobnie jak Dorota, Jola mieszka w Hiszpanii i łączy nauczanie hiszpańskiego z pisaniem o Hiszpanii i kulturze.
Hiszpańska dusza - Karolina pisze o sobie: Motywuję do poznawania krajów hiszpańskojęzycznych i kreatywnej nauki języka przez 365 dni w roku
Hiszpański każdego dnia - przez chłopaka dla chłopaków, dużo o piłce nożnej w wydaniu Hiszpanów :)
Un poco loco - gramatyka, słownictwo, ciekawostki.
Hiszpański incydentalnie - rady dotyczące nauki i sposoby na wkuwanie.
A poquitos, czyli hiszpański w małych dawkach.
Mów po hiszpańsku - ostatnio nie uaktualniany, ale w starszych wpisach można znaleźć sporo dobrych rad dotyczących nauki.

Dla zaawansowanych:

Refranes y frases hechas - zwroty i przysłowia tylko po hiszpańsku.
Fiszki online hiszpańsko-angielskie jeśli ktoś ma opanowany dobrze angielski, to może z tego skorzystać, ja sama kiedyś z tego korzystałam i zawsze przy okazji wpadło jakieś nowe słówko angielskie, więc metodę fiszkową jak najbardziej polecam.
Kompletna gramatyka hiszpańska po angielsku.
Jak odmieniać czasowniki hiszpańskie (ang.).
Frases Go - do nauki użycia fraz w zdaniach, podzielone tematycznie.

Jeśli znacie podobne strony do nauki hiszpańskiego, z których sami korzystaliście lub korzystacie, podzielcie się w komentarzach. Dzięki!

Język na Kubie



Jak przystało na kolonię Królów Kastylijskich językiem urzędowym na Kubie jest hiszpański. Jednak różni się on znacznie od kastylijskiego używanego w Hiszpanii i od innych południowoamerykańskich dialektów. Ze wszystkich nacji władających hiszpańskim, Kubańczycy mówią najszybciej i najmniej wyraźnie. Większość obcokrajowców, nawet jeśli dobrze władają tym językiem, ma na początku duże problemy ze zrozumieniem kubańskiej wymowy. Skracanie i niewymawiane "s" na końcu wyrazów to dwa największe grzechy utrudniające komunikację. Do tego jeszcze cała masa regionalizmów, które czasem trudno zrozumieć nawet innym Latynosom.

Oczywiście istnieją też różnice na samej Kubie. Inaczej mówią Hawańczycy, a inaczej wieśniacy. Istotna różnica jest między Hawaną a Santiago de Cuba. W tym ostatnim więcej widać pozostałości z dawnych języków afrykańskich i z kreolskiego, bowiem to właśnie do Santiago napłynęło swego czasu sporo osób z sąsiedniego Haiti. Ci ze stolycy od razu rozpoznają po akcencie, kto przyjezdny.

Wbrew temu, co pisze Wikipedia, wcale nie jest tak popularne wymawianie "l" zamiast "r". To cecha charakterystyczna dla Portorykańczyków, z której Kubańczycy często chętnie drwią. Wiadomo, że między Portoryko a Kubą istnieje odwieczna cicha wojna dotycząca tego, kto "wynalazł" salsę, więc jak tylko znajdzie się powód do kpin z jakiegokolwiek powodu, to często i chętnie oba narody z niego korzystają.

Przed wyjazdem na Kubę warto poznać choćby podstawowe zwroty - to na pewno ułatwi komunikację i pomoże załatwić wiele spraw, nawet tak banalnych jak zakupy spożywcze czy wymiana pieniędzy. Jeśli natomiast już nieco hiszpańskiego liznęliście, ale wydaje Wam się, że to za mało, to na pocieszenie powiem Wam, że dla Kubańczyków nie ma czegoś takiego jak "za mało". Z natury są bardzo kontaktowi, żeby nie powiedzieć gadatliwi, chętnie zaczepiają i wdają się w rozmowy, i jeśli tylko usłyszą, że próbujesz mówić po hiszpańsku, będą starali się "pomóc mówić". Oczywiście oni sami w rozmowie z turystami starają się mówić wyraźniej i wolniej, tak żeby zostać zrozumianym. A co się nie dopowie, to się "domiga" ;)

Angielskim posługuje się sporo młodych Hawańczyków, ale na pewno nie większość. Ze starszego pokolenia to raczej tylko ci, pracujący w turystyce lub mający w jakikolwiek sposób styczność z obcokrajowcami, bo wiadomo, że to pomaga "zarabiać". Jednak Wy znając hiszpański, zawsze będziecie mieli przewagę, bo pozwoli to na negocjacje cen w wielu miejscach. No i przede wszystkim na poznanie drugiego człowieka, jego historii, bo przecież każdy z nas ma jakąś historię do opowiedzenia.

Kryzys migracyjny - 4 tysiące uchodźców z Kuby w zawieszeniu...



Od dawna zbierałam się, żeby napisać o emigrantach Kubańskich. I nie mogłam się zebrać dlatego, że nie wiedziałam od czego zacząć, bo temat tak rozległy i zawiły na tyle, że w jednym poście nijak tego ująć nie idzie. Dlatego dzisiaj nawiążę tylko do niektórych historycznych faktów, żeby naświetlić, skąd ten kryzys i co się w ogóle tutaj dzieje.

Z wydarzeń bieżących do mediów mainstreamowych przedostaje się jedynie to, co nośne, i to, co aktualnie jest głośniejsze niż coś innego w innym miejscu na świecie. Dokładnie w tym samym momencie, kiedy były zamachy w Paryżu, wybuchł kryzys migracyjny uchodźców kubańskich w Ameryce Środkowej. I był to najgorszy moment, żeby o tym napisać, bo wpis zatytułowany "Uchodźcy", większość z Was pewnie odebrałaby jako "jeszcze jeden wpis o tym samym", czyli o uchodźcach z Syrii.

Tymczasem gdzie indziej, tysiące kilometrów od Polski, na zachodniej półkuli, jest podobny kryzys. Ale nie tak nośny medialnie. Szukałam w internetowych wydaniach onetu czy gazety jakiejkolwiek wzmianki. Na próżno. Ostatni artykuł z września, o wizycie papieża na Kubie. Zero bieżących doniesień z Kuby czy z Ameryki Środkowej. A sprawa zaczyna już zataczać coraz szersze kręgi i sytuacja robi się coraz bardziej napięta.

Żeby sięgnąć przyczyn tego, co dzieje się dzisiaj, trzeba się cofnąć do roku '59. Ale nie będę w tym miejscu przytaczać szczegółów z pół wieku historii. Nadmienię tylko, że Kubańczycy zaczęli uciekać do Stanów wraz z przejęciem rządów przez Rewolucję. W roku 1966 Stany wprowadziły prawo gwarantujące przyjęcie każdego Kubańczyka, który ucieknie z wyspy. Przez te 50 lat nie było roku, żeby nie przyjęto azylantów. Były okresy, kiedy ludzi wyjeżdżało więcej lub mniej, jednak zawsze były to liczby idące w tysiące.

Ostatnia masowa ucieczka to rok 1994, zaraz po rozpadzie ZSRR, kiedy Kuba została odcięta od "przyjacielskich" funduszy i importu. Potem nastąpił czasowy spadek emigracji, a od 2010 liczba ta znowu skokowo rosła z 6.221 osób do 20.384 w roku 2014, z czego 17,5 tysiąca przybyło przez Meksyk, nie jak w poprzednim exodusie - na łodziach.

I teraz mamy do czynienia z kolejną falą uchodźców, głównie za sprawą ocieplających się stosunków pomiędzy USA a Kubą i obaw, że przychylne wyspiarzom prawo zostanie zniesione. Według danych biura amerykańskiej straży granicznej CBP w okresie od 1 października 2014 do 30 września 2015 przybyło do USA już aż 43.159 osób pochodzenia kubańskiego, co stanowi prawie dwukrotny wzrost w porównaniu do tego samego okresu rok wcześniej, czyli 10.2013-09.2014, kiedy przybyło 24 tysiące osób. Rok się jeszcze nie skończył, a ludzie wciąż napływają. W tym momencie na granicy z Kostaryką jest już prawie 4 tysiące ludzi i trudne do oszacowania liczby w Ekwadorze i na całej trasie pomiędzy Ekwadorem a Kostaryką, gdzie są stopniowo zatrzymywani na kolejnych granicach do czasu, kiedy sytuacja zostanie opanowana i rozwiązana kwestia dokumentów tranzytowych przez te kraje, które muszą być wydawane w tej chwili masowo. To jest właśnie przyczyną kryzysu - punkty kontrolne na granicach przestały sobie radzić z odprawianiem takiej ilości osób.

Nieznana jest liczba osób, którym udało się na teren Kostaryki wejść przed wybuchem kryzysu i znajdują się w jednym z krajów na trasie do granicy Meksyku z USA.

To trasa, jaką pokonują Kubańczycy, by dostać się do Stanów. Odległość 7.700 kilometrów to odległość 25-krotności faktycznej odległości dzielącej Kubę od Florydy. Pierwszy odcinek, do Ekwadoru, Kubańczycy lecą samolotem, dalej większą część trasy pokonują pieszo lub kombinowanym transportem.



Sytuacja jest rozwojowa, więc będę na pewno Was jeszcze informować o tym, co się dzieje.

Pogoda na Kubie

Pytanie o pogodę na Kubie, to jedna z najpopularniejszych fraz wyszukiwania na blogu i jedno z najczęstszych pytań przewijających się przez moją skrzynkę (czasem pada nawet pytanie o konkretną datę ;) ). I jest to dla mnie całkowicie zrozumiałe, bo kto by chciał jechać na wakacje i spędzić je w hotelowym pokoju dlatego, że... pada. Trochę już o pogodzie pisałam przy okazji sezonowości i kupowania biletów, ale najwyraźniej wnie wyczerpałam tematu :)



Kuba znajduje się w strefie klimatu podrównikowego wilgotnego, gdzie występują tak naprawdę tylko dwie pory roku: sucha i deszczowa. Pora sucha trwa od listopada do kwietnia jest mniej wilgotna i chłodniejsza, ze średnią temperaturą oscylującą w ciągu dnia wokół poziomu 26-29º C, a najniżsżą (zwykle w nocy) 18-20º C. Kiedy temperatura spada do 20º C to dla Kubańczyków jest to prawdziwa zima, wszyscy wyciągają kurtki, szaliki i kozaki. Serio! Te zimne fronty są jednak przejściowe i nie trwają dłużej niż kilka dni.



Lato to pora deszczowa. Średnie temperatury wynoszą ok. 32°C przy dużej wilgotności powietrza. Średnia temperatura wody wynosi 25°C na wybrzeżu.



Jednak w sezonie od końca maja do listopada mogą wystąpić huragany, a większość opadów deszczu przypada najpierw na czerwiec, a w dalszej kolejności na sierpień, wrzesień i październik. Sezon huraganowy jest od lipca do listopada, wrzesień i październik są miesiącami z najwyższym prawdopodobieństwem wystąpienia cyklonu. Kiedy występują huragany, z reguły nie stanowią one zagrożenia dla życia, jednak mogą powodować przerwy w planach podróży. Kuba jest bardzo dobrze zorganizowana i zdyscyplinowana, jeśli chodzi o przygotowane do takich zdarzeń i mają doskonałe procedury ewakuacyjne. Turyści otrzymują wtedy najwyższy priorytet.





Temperatury przez cały rok są wysokie, ale występują widoczne amplitudy w ciągu roku. Najgorętsze miesiące to czerwiec, lipiec i sierpień - wysokie temperatury przy bardzo dużej wilgotności powietrza. Nie znamy tego typu pogody w Polsce i dla wielu osób to połączenie jest nie do zniesienia. W większości ludzie podróżujący na Kubę są właśnie zaskoczeni poczuciem gorąca. Zatem jeśli ktoś nie przepada za upałami, to zdecydowanie lepszym pomysłem będzie jechać na Kubę porą suchą, czyli w okresie naszej zimy i wiosny. To zresztą dobry moment, żeby uciec trochę od jesiennej deprechy i braku słońca, która wszystkim w Polsce w tym czasie permanentnie doskwiera.



Z drugiej strony, lato jest najbardziej interesujące na Kubie, ze względu na obfitość owoców, a także wiele imprez odbywających się w tym czasie. W Santiago de Cuba odbywa się karnawał, a w wielu miastach na całej wyspie różne festiwale. Jest to również czas na wakacji dla Kubańczyków i zbiega się z sezonem wakacyjnym w Europie i w USA.

Szczyt sezonu na Kubie to Wielkanoc, Boże Narodzenie i Nowy Rok, kiedy to hotele, loty i wycieczki trzeba rezerwować z wyprzedzeniem. Ceny za noclegi również są znacząco wyzsze w tych okresach.

Ja wiem lepiej

"Wiem, jak tam wygląda życie, mieszkałem przez tydzień u miejscowych."

"W dwa tygodnie objechaliśmy CAŁĄ wyspę - poza Hawaną i Trinidadem nic tam nie ma."

"Tam było więcej turystów na metr kwadratowy niż lokalsów. Dosłownie nie było gdzie uciec." 

"Tri­ni­dad to naj­bar­dziej ob­cia­cho­we mia­sto na Ku­bie." 

"Nie­ste­ty pio­sen­ki, któ­re wy­ko­nu­je ze­spół to ta­kie ku­bań­skie di­sco po­lo. Strasz­ne. Mój hisz­pań­ski na­praw­dę nie jest wy­kwint­ny, ale nieste­ty nie mo­gę te­go słu­chać, za du­żo ro­zu­miem i głu­pie­ję z po­czu­cia ob­cia­chu." 

Itd. Itp.



To autentyki z różnych forów, blogów i relacji o Kubie. Wcale nie anonimowe. Ba! Podpisane rozpoznawalnym nickiem, często imieniem i nazwiskiem, a czasami również poprzedzającym je tytułem. Są takich tysiące, nie tylko w odniesieniu do Kuby.

Jeśli się o coś takiego potykam, zwykle scrolluję w dół lub zamykam kartę, liczę do dziesięciu i mówię sobie: idź, rób swoje, masz ważniejsze na głowie, nie zbawisz świata. Ale czasem aż mnie skręca w środku. Mierzi mnie płycizna i ignorancja. I fakt, pewnie nie zbawię świata swoim pisaniem, ale może perspektywę jednej osoby? Albo dwóch?

Trudno dyskutować z wrażeniami dotyczącymi danego miejsca. Każdy z nas te wrażenia będzie miał inne, bo przefiltrowane przez sieć własnych doświadczeń i światopoglądów. I to jest ok, to czyni świat ciekawszym, a każde spojrzenie innym i interesującym. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś swoje wrażenia obwieszcza światu jako prawdę absolutną. Jeszcze gorzej, jeśli wszystko to oparte jest na stereotypach, fantazjach i "wydajemisiach", nie mających nic wspólnego z rzeczywistością. A także przekonaniu o własnej nieomylności i wyciąganiu wniosków całościowych na podstawie doświadczeń jednostkowych z wycinków widzianej rzeczywistości.

No bo czy naprawdę można poznać życie w jakimś miejscu będąc tam przez tydzień? Czy można w ten sposób poczuć problemy mieszkańców? Czy można oceniać kraj (czy nawet miasto), jako całość, widząc tylko niewielki jego wycinek, najczęściej w dodatku tylko przez okno samochodu czy autokaru? Czy naprawdę UNESCO tak strasznie się pomyliło wpisując na listę Trinidad, że można go nazwać "obciachowym"? Czy można wreszcie zdegradować jeden z najbardziej znanych klasyków tradycyjnego kubańskiego sonu* do rangi disco polo, w dodatku publicznie przyznając się do swojej "niezbyt wykwintnej" wiedzy językowej, która zarazem sprawia, że "zbyt dużo" się rozumie?

Przeraża mnie poziom (nie)wiedzy, z którym niektórzy udają się w świat. Zaskakuje ciągłe szufladkowanie na dobre i złe, czarne i białe. Zasmuca łatwość wydawania krytycznych osądów. Jeśli dodać do tego tendencję do narzekania, którą niestety wielu Polaków ma, tworzy to mieszankę iście nie do strawienia, zwłaszcza jeśli wszystkie te elementy pojawiają się razem.

I tak na przykład, w odniesieniu do Kuby, mamy wieczne narzekanie na:
- upał (jakby ktoś nie wiedział, na jakiej szerokości geograficznej leży Kuba);
- korki w Hawanie (sic!);
- turystów (yyy... a Ty to niby kto?);
- plaże: albo za wąska, albo za szeroka, albo piasek za miałki i wszędzie się wbija, albo z kolei za gruby, bo na Bali był ładniejszy; że nie rosną takie ładne powykrzywiane palmy jak na zdjęciach; że nie ma barów na plaży, bo we Włoszech i Grecji to są, i nocne imprezy na plaży też!
- język - no w ogóle poza hotelami nie idzie się dogadać po angielsku! (Hmm, a jak to jest w Polsce? Powiedzmy w jakimś spożywczaku w Radomiu? Czy nawet w Warszawie na Ochocie? Nie żebym coś miała do Warszawy czy Radomia ;) );
- kultura - we wszystkich muzeach, bez względu na to, czego dotyczy, są nawiązania do Rewolucji, a książki na Plaza de Armas też na jeden temat z przewagą Che (Sorry, taki mamy klimat);
- wysokie ceny i wyzysk turystów przez miejscowych - bo kraj biedny to "powinno" być tanio. Zero wiedzy na temat tego, skąd te ceny się wzięły. Już kiedyś o tym pisałam.

A najpiękniejsze jest, kiedy ktoś mówi: nie podobało mi się, bo nie tego się spodziewałem. Albo porównywanie z innym miejscem, najczęściej z Indiami. Tu najczęściej mam ochotę zapytać: a czego się spodziewałeś i na czym budowałeś swoje oczekiwania; co oglądałeś, co czytałeś? Wtedy zwykle padają jakieś frazesy i ogólniki o telewizji i o tym "co się mówi". Próba dyskusji prowadzi w większości przypadków do obnażenia niezmierzonych pokładów niewiedzy interlokutora, które - jeśli przedostaną się do świadomości - pociągają za sobą agresję i atak. Nikt z nas przecież nie lubi wychodzić na buraka. Ale każdy lubi uchodzić za oblatanego obieżyświata.

Tak więc po dwutygodniowym pobycie każdy jest specjalistą w temacie, każdy wie najlepiej i każdy ma rację.
Bo racja jest jak dupa - każdy ma swoją.


-------------------
* Chodzi o piosenkę "Óyeme, Cachita", skomponowaną w roku 1925, wykonywaną później przez niezliczoną ilość kubańskich muzyków, włączając w to tych najsławniejszych. Jeśli do czegoś można ten utwór przyrównać, to np. do piosenek Mieczysława Fogga, Eugeniusza Bodo czy Hanki Ordonówny. "Miłość ci wszystko wybaczy", nawet jeśli wykonywana przez kapelę "do kotleta", to wciąż klasyk, a nie disco polo. I uszy raczej od tekstu nie więdną.

Wwożenie sprzętu na Kubę

Po opublikowaniu poprzedniego postu, w którym na zakończenie napisałam, że nie polecam zabrania własnego drona na Kubę, dostałam kilka wątpiących pytań typu: "naprawdę?" i "a dlaczego?". Postaram się więc w miarę krótko (bez cofania się do roku 1959 i przytaczania pół wieku historii) i rzeczowo (bez zagłębiania się w zawiły system prawa kubańskiego) odpowiedzieć na to pytanie. Może być momentami nudnawo, więc jeśli komuś się nie chce czytać, to musi mu wystarczyć odpowiedź: nie, bo nie. ;)

Źródło: https://flic.kr/p/ctHV6b na licencji CC

System polityczny, jaki panuje na Kubie, każdy wie jaki jest i mniej więcej, choćby z naszej rodzimej historii, każdy średnio ogarnięty Polak powinien wiedzieć, z czym to się je. No dobra, po obejrzeniu kilku odcinków "Matura to bzdura", wiem, że jest to założenie jest wielce optymistyczne, ale tu mam drugie założenie, że docelową grupą odbiorców mojego bloga jest… yyyy… inna grupa niż tamta grupa ;)

Jeszcze parę lat temu, trzeba się było przy wjeździe na Kubę tłumaczyć z każdego laptopa, każdego aparatu i każdego gps'a. Te ostatnie często były zatrzymywane w depozycie na lotnisku z możliwością odbioru przy wylocie. Ja sama nie raz i nie dwa tłumaczyłam się z nowych trampek wiezionych dla mojego męża, całej sterty dziecięcych, nowych oczywiście, ciuszków dla siostrzenicy czy płyty głównej do PC dla teścia. Za tę ostatnią musiałam zapłacić cło, ustalone na kilkakrotnie przewyższające jego realną wartość, a zbite do nieco przyzwoitszej sumy w bezpośrednich negocjacjach z celnikiem, po odstaniu 1,5h w kolejce. Niewątpliwie zawsze ratowało mnie to, że po pierwsze bardzo bardzo dobrze władam hiszpańskim i jego kubańską odmianą, co zawsze sprowadza rozmowę do poziomu równy z równym, bo od razu wiadomo, że nie da się mnie zbyć na zasadzie "nie mówi po hiszpańsku, nie rozumie, więc musi się dostosować". Po drugie, doskonale przysłużyły się tu moje doświadczenia z zamierzchłych czasów, kiedy to jeździło się "do Bułgarii na wczasy" zahaczając po drodze były ZSRR, Czechosłowację, Węgry, Rumunię i Jugosławię, w każdym z tych krajów dokonując odpowiedniej wymiany gospodarczo-towarowej. Oczywiście, by jej można było dokonać, trzeba było wszystkie te towary jakoś przez granicę przewieźć. Wszyscy wiedzieli o co kaman, więc twierdzenie, że cała zawartość Dużego Fiata kombi z bagażnikiem na dachu jest nasza, wzbudziłoby co najwyżej spojrzenie z politowaniem granicznych służbistów. Trzeba się było więc uciekać do bardziej kreatywnych sposobów, jak na przykład ukrywanie tych najbardziej wartościowych rzeczy w najprzeróżniejszych zakamarkach, rozdzielanie, tak żeby wyglądało, że przecież są "tylko trzy" tudzież lokowanie tych najważniejszych na tylnym siedzeniu (lub pod) przekraczanie granicy w nocy i znamienne "Ania, udawaj, że śpisz". (Ania w wieku wczesnoszkolnym - przyp. aut.)

Szacuję, że obecnie ponad 90% turystów wjeżdżających na Kubę wwozi ze sobą smartfona, aparat lub kamerę, laptopa, ipoda, ipada i co tam jeszcze nie wymyślono. Postęp technologiczny wymusił rozluźnienie tych reguł odnośnie wwożenia sprzętu na granicy, chociaż wciąż jeszcze nie kubańskiego prawa. Wciąż jeszcze na oficjalne filmowanie jest konieczne uzyskanie zawczasu odpowiedniego zezwolenia do władz. I znowu - nikt nam się raczej nie przyczepi do filmowania telefonem czy kamerą, bo to już standard, ale nie ma co liczyć na to, że przemkniemy się niezauważeni, jeśli pojedziemy na Kubę filmować z wypasioną kamerą, dołączonym do niej mega mikrofonem, dźwiękowcem i asystentem. Już sama wielkość i "pro" wygląd sprzętu może wzbudzić zainteresowanie na granicy.

Tym bardziej taki dron. Sprzęt, którego przeciętny kubański pogranicznik w życiu nie widział, który dopiero co w tym miesiącu miał swoją premierę na Kubie i który bez mrugnięcia okiem może być potraktowany jako kontrrewolucyjny. Po pierwsze dlatego, że filmuje, po drugie tu już wchodzimy przecież na terytorium powietrzne Kuby. Z powietrza widać więcej i czasem nie koniecznie to, co władza chciałaby pokazać. Ja raz o mało nie zostałam zatrzymana za filmowanie na Placu Rewolucji i już samo wspomnienie tamtego zdarzenia przyprawia mnie o dreszcze. A więc co dopiero filmowanie z drona. Nie odważyłabym się i nie sądzę by ktokolwiek był na tyle lekkomyślny, żeby to zrobił. A jeśli jeszcze kogoś nie przekonałam, to odsyłam do poczytania o przypadku Amerykanina - Alana Grossa, który spędził w kubańskim więzieniu 4 lata (skazany na 15) za "działania przeciwko niepodległości i integralności terytorialnej państwa", a chodziło o nielegalne (czyli bez odpowiedniego zezwolenia) wwiezienie sprzętu komputerowego i telefonów satelitarnych.

Z Kubą nie ma co zadzierać. Podróżujcie mądrze i bezpiecznie. Howgh!

Pierwszy dron nad Kubą!

Po raz pierwszy w historii nad Kubą przeleciał dron. I to dron nie bylejaki, bo skonstruowany przez kubańskich inżynierów. A jakże! Nie można przecież kupić, sprowadzić, trzeba wymyślać koło na nowo…

Widoki wpsaniałe, ale znów, to tylko wycinek z rzeczywistości kubańskiej, które zechce szerszej publiczności pokazać władza - tak jak odmalowane fasady starówki hawańskiej i turystyczne szlaki dla odwiedzających. Piękne plaże, zabytki, i tylko przez moment mignęły zrujnowane dachy Hawany…

Jeśli przyszłoby komuś z Was natomiast zabrać swojego drona na Kubę (Andrzej…), to serdecznie nie polecam. Można nie wjechać lub, co gorsza, nie wyjechać.






Kubańska muzyka na Spotify

Dziś chcę się z Wami podzielić moimi playlistami z muzyką kubańską na Spotify. To oczywiście bardzo wąski wybór z całej muzyki kubańskiej. To coś, czego słuchałam kiedyś bardzo namiętnie - Orishas, czego słucham kiedy chcę sobie poprawić humor - szybki i optymistyczny cubaton, czego słucham od czasu do czasu, bo "mnie najdzie" ;) jak np. Celia Cruz. Wsród tych rzeczy również coś mniej znanego - kubański hip-hop, swego czasu zakazany. No i oczywiście na moim topie - niezastąpiona Buena Vista Social Club.

A czy Wy macie swoich ulubionych artystów kubańskich? Podzielcie się w komentarzach :)

Buena Vista Social Club (1997)
Buena Vista Social Club at Carnegie Hall (2008)


Buena Vista Social Club - Lost and Found (2015)


Cuban All Stars



Orishas - Cała dyskografia


Orishas - moje ulubione :)



Cubaton - 170 kawałków!


Różni artyści kubańscy po 2000r.



Hip-hop kubański


Celia Cruz - The Best Of



O Rihannie w Hawanie

Czasy się zmieniają. Na pewno większość z Was słyszała, że amerykańsko-kubańskie stosunki dyplomatyczne nieco się ociepliły. Wznowiono działalność ambasad po obu stronach cieśniny. Za tymi zmianami politycznymi idą zmiany społeczne. O większości z nich jeszcze nie usłyszymy w wiadomościach, bo będą to powolne zmiany zachodzące na codzień na wielu płaszczyznach. Ale już widać też działania spektakularne.



Coś, co jeszcze rok temu było nie do pomyślenia, dziś jest faktem. Wszystkie wcześniejsze wizyty wszelkiej maści amerykańskich gwiazd na Kubie były zawsze tu, za oceanem, szeroko komentowane, ze względu na poprawność polityczną tychże. No bo oficjalnie Ameryaknom turystycznie na Kubę jeździć nie wolno, by się tam udać, trzeba uzyskać specjalną licencję od Ministerstwa Skarbu (to temat na osobny wpis…).

Nikomu chyba nie trzeba przedstawiać ani Rihanny, ani Annie Leibovitz. Piosenkarka i fotografka spotkały się w Hawanie, by wspólnie pracować nad sesją dla Vanity Fair. Owocem współpracy jest fantatstyczna sesja i listopadowa okładka magazynu z seksowną Rihanną.

W sesji również udział wzięło kliku kochanków - leciwych, ale wciąż krzepkich: czerwony Lincoln Continental Mark II z 1956 roku - należący niegdyś do żony rządzącego na Kubie przed 1959 rokiem Fulgencio Batisty, Marthy Fernandez de Batista - który towarzyszył Rihannie na randce w barze La Rosa; zielony Plymouth z 1948 roku z klubu zabytkowych aut przechadzał się z nią po Hawańskich ulicach; natomiast do słynnego paladaru La Guardia przy ulicy Concorida pojechał z nią Chewrolet Imapala z 1959.

Na jednym ze zdjęć Rihanna pozuje całkiem nago, co spotkało się z wieloma krytycznymi głosami , bardziej pod pod adresem magazynu niż samej piosenkarki, bowiem ta nie raz już szokowała swoim strojem (czy raczej jego brakiem). Moim zdaniem jednak fotografia jest na tyle wyważona, że nie budzi niesmaku. Wszystkie zdjęcia z tej sesji przesycone erotyzmem i doskonale wpisują się w ducha Hawany, a także odzwierciedlają gorącą naturę i piękno Kubanek.

Zgodzicie się?








http://www.vanityfair.com/hollywood/2015/10/rihanna-cover-cuba-annie-leibovitz

Źródło zdjęć: Vanity Fair

UPDATE:

A tutaj artykuł i zdjęcia behind the scenes z sesji zdjęciowej z Rihanną:
http://www.vanityfair.com/hollywood/photos/2015/10/rihanna-cuba-behind-the-scenes-annie-leibovitz#1

Jak popełnić samobójstwo?

Jeśli naprawdę weszłaś tu szukając odpowiedzi na to pytanie, pozwól, że oszczędzę Twój czas i odpowiem już na samym początku.

NIE WIEM.

Gdybym wiedziała, pewnie ze trzy razy już by mnie tutaj nie było. Wiem jednak za to, że Ty nie szukasz metody na to, jak ze sobą skończyć. Ty szukasz recepty na to, jak się pozbyć tego bólu, którego już nie możesz znieść. 

Pamiętam ten ból bardzo dokładnie. 

Obrazy, wspomnienia, myśli i słowa kotłowały mi się w głowie, kiedy stałam na moście nad autostradą wieczorem 14 lutego.
Jesteś nikim. Brzmiało jak echo w moich uszach.
Gniew, żal i rozpacz, że przecież to nie może być prawda i jak ktoś, kogo kochasz, i kto miał Cię kochać najbardziej na świecie, mógł tak w ogóle pomyśleć.
Jesteś złym człowiekiem. Dawkowane ze stoickim spokojem, wtedy, kiedy żona nie spełniła jaśniepańskich zachcianek, bo on przecież nie krzyczy i on się nie kłóci. To ja jestem furiatką, która rzuca szklankami o podłogę.
To gówno, gdyby Ci coś za to dali, to byś się miała czym chwalić. Zarabianiem pieniędzy się zajmij. - usłyszałam dzień po nominacji do Nagrody Bloga Travelerowca National Geographic.
Stanik za $15? Chyba zwariowałaś! Nieważne, że jeden przez dwa lata. Nie mam prawa o nic prosić, bo nie zarabiam. Nie ma znaczenia przecież, że mam prawa do pracy, które on ma, bo wjechaliśmy do Stanów na innych zasadach, a proces imigracyjny trwa i trwa. Wymyśl coś. Tylko że on jakoś nie myślał, jak był w Polsce bez pracy, jak ja płaciłam za ślub na Kubie, za jego przylot do Polski, wszystkie formalności, wizy, potem całą podróż przez Meksyk do Stanów i proces imigracyjny już na miejscu. Ale to dzięki mnie tu jesteś, gdyby nie ja to siedziałabyś w zasranej Polsce. Moja niewdzięczność nie zna granic. Także mój egoizm i lenistwo. Dom sprząta się sam, pranie samo się nosi do pralni, pierze, składa i przynosi, kuchnia sama gotuje, zakupy same się robią. Ja nie robię nic i zawsze za długo śpię, a utrzymanie mnie kosztuje go $30 dziennie. On zawsze za to ma na piwo, bo przecież napiwki się do domowego budżetu nie liczą, to on zarabia i to jest jego kasa. A jak wychodzi, to z kolegą i kolega go zaprosił, mnie nie zaprosił, bo ja jestem aspołeczna i nikt mnie nie lubi.

Systematycznie podawana trucizna przedostawała się do coraz to głębszych warstw mojej podświadomości. Kroplami dawkowane zło wydrążyło dziurę w skale moich wierzeń, wartości, integralności i niezależności tak wielką, że kolejny wstrząs, który - do przewidzenia - przyszedł, rozsypał te części, które się jeszcze jakoś ze sobą trzymały. I wcale nie był to duży wstrząs - ot, takie tam tąpnięcie. Tupnięcie amebią nibynóżką zaledwie. No bo przecież kiedy zwykłe spotkanie na piwo przeradza się w wyrafinowaną fiestę drwin, docinek, słownych uszczypliwości i poniżeń, to przecież nic takiego. To ja jestem przewrażliwiona i niezdolna do żartów.

8500 km od rodzinnego domu, bez przyjaciół, zaznajomionych sąsiadów, czy kogokolwiek, do kogo możnaby choćby zadzwonić w środku nocy, domowy parapet wydawał się opcją całkiem rozsądną. Chociaż wizja leżenia w śmieciowej alejce pomiędzy budynkami z nieotynkowanej cegły w zapyziałym Chinatown wcale mi się nie podobała. W dodatku, przy odrobinie nieszczęścia, pewnie spadłabym na śmietnik i do końca życia została kaleką. Podwójną.

Nie piszę tego, żeby Ci pokazać, że Twoje problemy są mniejsze, a moje większe. To nigdy tak nie działa. Zawsze nasze problemy są dla nas NAJWIĘKSZE. Problemy, które doprowadziły nas na skraj, są zapewne różne, ale nasze uczucia identyczne.

Wiem, że nie masz już nadziei na nic. Nie masz siły walczyć ani podejmować najmniejszych nawet działań, żeby coś zmienić. Może nawet nie wstajesz rano z łóżka żeby umyć zęby. Czujesz, że jesteś w sytuacji bez wyjścia. Nie wiesz jak to się stało, ale dałaś się zapędzić w kozi róg. Nikogo nie obchodzisz ani Ty ani Twoje problemy. Wszystko, co robisz, nie ma sensu. Jesteś nikim i nic nie znaczysz w skali świata. W skali Twojego mikroświata nawet. I to jest prawda. Nawet jeśli obiektywnie nie jest. Nawet jeśli znalazłoby się w tej chwili sto osób, które powiedzą Ci, że jesteś mądra, piękna, dobra i że dasz radę, to to i tak o kant dupy. Bo Ty tego nie czujesz. Ty tak o sobie nie myślisz. To nie jest Twoja prawda w tej chwili, bo Ty w to nie wierzysz. Nosisz głęboko zakorzenioną inną prawdę o sobie. Prawdę, która nie jest prawdą, ale stała się Twoją rzeczywistością. Twoją marą raczej. Istnym piekłem na ziemi.

Siedzisz więc i rozpaczliwie szukasz wyjścia z tej patowej sytuacji. Szukasz czyjejś pomocnej dłoni. Brzytwy chociaż. Czegokolwiek, czego można by się jeszcze chwycić. Ale szukasz tego biernie. Robisz to tylko w swojej głowie. Chcesz, żeby ktoś przyszedł i wyratował Cię z opresji. Problem jest tylko ten, że nikt nie ma szklanej kuli, żeby odgadnąć, co się w Tobie teraz dzieje. Przez tyle lat nauczyłaś się skrzętnie ukrywać swoje emocje, robić dobrą minę do złej gry i jesteś w tym świetna. Tylko że teraz, to niestety nie działa na Twoją korzyść. Twoja miarka się przebrała. A Twoje otoczenie zna Cię jako tę, która zawsze sobie radzi. Nawet jeśli ktoś ostatnio zauważył, że byłaś trochę jakby smutna czy wycofana, to nic to, każdy przecież miewa gorsze okresy. Przejdą więc nad tym do porządku dziennego, bo każdy ma tysiąc swoich zasranych problemów.



Ty musisz to powiedzieć głośno i wyraźnie: JEST MI ŹLE. Powiedz to najpierw do siebie. Na głos. Teraz. Przyznaj się do tego sama przed sobą. To nie powód do wstydu, że sobie z czymś nie radzisz. Wszyscy sobie z czymś nie radzą, niektórzy jednak skrzętniej to, niż inni, ukrywają. No więc nie ukrywaj więcej tego. Pozwól popłynąć łzom. Nie wstrzymuj ich dłużej. A zaraz po tym, albo nawet jeszcze w trakcie znajdź kogoś, komu o tym wszystkim opowiesz. Od A do Z. Nie musi to być nikt z rodziny czy przyjaciel, może to być ktoś obcy. Zawsze boimy się "co sobie o nas pomyślą", częściej obchodzi nas opinia naszych bliskich i tych, na których nam zależy, więc znajdź kogoś z zewnątrz. Ale takiego, który nie wysłucha i odejdzie obojętnie, tylko kogoś, od kogo dostaniesz jakąś informację zwrotną. Tylko w taki sposób złapiesz dystans.

Tak, tak, pamiętam, jesteś w sytuacji bez wyjścia, więc po co Ci dystans. Ale nawet teraz, w sytuacji bez wyjścia, masz dwa wyjścia: albo to zakończyć albo znaleźć tę pomocną dłoń.


116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie Niebieska Linia
800 112 800 – Telefon Nadziei dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

P.S.
U innych też coś znajdziesz na ten temat:
http://stayfly.pl/2015/06/stop-samobojstwom/
http://haloziemia.pl/jak-popelnic-samobojstwo/
http://tattwa.pl/2015/06/jak-sie-zabic-2.html
http://www.niciutka.pl/jak-skutecznie-i-bezbolesnie-odebrac-sobie-zycie/

Jest tego dużo więcej, jeśli chcesz poczytać to znajdziesz więcej wpisów w komentarzach pod pierwszym z linkowanych wpisów.

Cygara, rum i muzyka - esencja Kuby w drukowanym artykule

Miło mi poinformować, że w styczniowym numerze czasopisma "All Inclusive" ukazał się mój artykuł o Kubie.

"All Inclusive" to magazyn branżowy, dostępny głównie w biurach podróży i nie ma go w wolnej sprzedaży. Możecie go jednak znaleźć na Issuu, np. tutaj na moich wirtualnych półkach i przeczytać online, np. tutaj na portalu Travelmaniacy.

Zapraszam do przeczytania i mam nadzieję, że to wynagrodzi Wam chociaż częściowo pustki na blogu w ostatnim czasie :)

Nieustająco gorąco pozdrawiam!

Ania




Gdyby ramka nie działała, to tu jest bezpośredni link:
http://issuu.com/annlea/docs/_01_all_dalekie_podroze_kuba_c9d59ba658de4b/c/susc7zb

Mechaniczna pomarańcza, czyli klient w trybikach Orange

Orange. 
Taka ładna nazwa. 
Taka ładna firma. Z nazwy. 
W rankingu "marka przyjazna blogerom" na Blog Forum Gdańsk 2013 zajęła nawet drugie miejsce. 
Blogerom. Ale zwykłym klientom nie jest równie przyjazna.
Bo ja, no niby jestę blogerę, ale nie jestem jakąś tam Segrittą czy Fashionelką. Nie witają mnie od progu rozwijając przede mną czerwony dywan.
Jeszcze nie ;)

Mam na razie (wątpliwą) przyjemność współpracy z firmą Orange jako klient. Taki, wiecie, przeciętny, co to płaci uniżenie za te doładowania i nie oczekuje nic więcej jak tylko podzwonić sobie, posmsować, pogrzebać coś w internetach na telefonie, no i załapać się czasem na jakąś promocję. Takie podwójne doładowanie na święta, czy co tam dają. Ale jakoś pechowo nam się ta "współpraca" układa. Chociaż to chyba za duże słowo i nieadekwatne, bo gdy dwie strony współpracują, to każda ma prawa i obowiązki. A tu wychodzi na to, że klient ma jeden główny obowiązek - płacić, a prawa tylko tylko w teorii. Niedziałające usługi, nienaliczanie promocyjnych doładowań, niekończące się reklamacje, żenujący poziom obsługi klienta. 

Ale zacznijmy od samego początku, czyli od momentu przeniesienia numeru do Orange dwa miesiące temu…


Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem

Przeniesienie nastąpiło z likwidowanego mbankmobile dnia 29 listopada 2014. W salonie firmy Orange przy osobistym stawiennictwie i podpisywaniu umowy pracownik firmy popełnił błąd – spisując dane z dowodu osobistego w umowie wpisał zupełnie inne imię. Nie że drugie. Ani nawet trzecie. Imię zupełnie z dupy. I - co więcej - po zwróceniu mu uwagi stwierdził, że nie może już tego poprawić, bo się „NIE DA”. Nie da się, bo on już takie wpisał, kliknął i wysłał. I że już się z tym nic nie da zrobić, ale będzie to traktowane jako literówka, a w razie potrzeby i tak wszystko weryfikuje się wszystko PESELem.

Rzadko mnie tak szlag trafia jak wtedy, kiedy ktoś mi mówi, że się czegoś nie da. Bo nie da to się polizać łokcia, a 95% spraw, które załatwiamy na codzień, to się raczej da, trzeba tylko CHCIEĆ.

Jakby tego było mało, to przecież w tych umowach, które się podpisuje jest klauzula o tym, że podane w umowie dane są prawdziwe i zgodne z prawdą, a sytuacja jest patowa, bo pracownik postawił nas przed faktem dokonanym - umowa już została wysłana, a numer i tak by został przeniesiony… Czyli de facto klient został zobligowany podpisać częściową nieprawdę. Drugą umowę, tę o świadczenie usług, pan na szybko wydrukował z poprawnym imieniem i powiedział, że tylko jednak jest z tą "literówką", u nich w systemie jest ok. Tylko że przy pierwszym telefonie do działu obsługi klientem zostałam potraktowana jak oszust, bo zgodnie z moją wiedzą, podałam prawdziwe imię, a okazuje się, że w systemie jest inne, zostałam więc przepytana z PESELu, adresu, daty urodzenia, kodu PIN, PUK i nie wiem czego tam jeszcze.



Szefowie własnych cieni

Jak wspomniałam przenosiłam numer z mbankmobile. Miało to być przeniesienie na preferencyjnych warunkach, za które nowi klienci mieli otrzymywać dodatkowe doładowania przez kolejne trzy miesiące. Oferta mbankmobile i jej regulaminy do tej pory widnieją na ich stronie www. Jednak Orange wycofał się z tego rakiem twierdząc, że „nie odpowiada za działania podmiotów trzecich”. Czyli co, mbankmobile wyciera sobie Orange'm, że tak pozwolę sobie zacytować klasyka, gembę?

http://mbankmobile.pl/regulaminy/reg_promocje.html




Nie ma takiego miasta – Lądyn! Jest Lądek, Lądek Zdrój

Nie mam możliwości wysyłania smsów za granicę. Chodzi konkretnie o wysyłanie smsów do USA (do innych krajów nie miałam potrzeby próbować, ale wiadomości do Stanów ode mnie nie wychodzą i nie dochodzą). Zgłaszałam to dwa razy. Po pierwszym zgłoszeniu skontaktowano się ze mną telefonicznie z zapytaniem, czy jestem pewna, że wysyłam smsy na dobry numer. Po mojej twierdzącej odpowiedzi, powiedziano mi, że powinnam spróbować wysyłać smsy na ten numer z telefonu kogoś innego, kto ma numer w Orange (tak, jakby ktokolwiek miał mi obowiązek udostępniać swój telefon do takich celów…). Akurat tak się składa, że zależało mi na poinformowaniu tamtej osoby w Stanach, że wszystko ze mną ok i użyłam do tego celu telefonu mojej siostry, działającego również w tej sieci, byłam więc pewna, że smsy wychodzą i dochodzą, więc problemem nie jest to, że generalnie z Orange smsy nie idą do Stanów. Wreszcie zobowiązano mnie do wysłania kolejnych smsów na ten zagraniczny numer o określonej porze, by technicy mogli to dokładnie sprawdzić. Po tym działaniu otrzymałam odpowiedź smsową, że mam wysyłać smsy, z kierunkowym +34. Hmm… +34, podczas gdy do Stanów jest +1. Druga reklamacja została potraktowana jeszcze bardziej pobłażliwie i odpowiedziano, że nie mają podpisanych umów z tamtym operatorem. Czegoś tu nie rozumiem. Z numeru mojej siostry wychodzą, to znaczy, że umowy są podpisane tylko na numery niektórych użytkowników?



Za wszystkie te niewysłane smsy została pobrana opłata zgodnie z cennikiem 0,62zł/sms. Jakby tego było mało, za każdy sms opłata została pobrana kilkakrotnie i wg billingu zostało „wysłanych” 36 smsów, po 62 grosze każdy, co daje kwotę 22,32 zł, co stanowi równowartość ponad 30% wartości moich wszystkich połączeń smsowych. I uprzedzając ewentualne pytanie – nie, to nie były smsy z ilością znaków przekraczającą dopuszczalny limit, przez co sms musiałby zostać podzielony na kilka części. To było kilka smsów typu jak powyżej.



Pobrane opłaty zostały zareklamowane, w odpowiedzi otrzymałam pismo, że analiza nie wykazała nieprawidłowości, a opłaty zostały zwrócone. (Pomijam logikę tego stwierdzenia, bo jeśli „analiza nie wykazała nieprawidłowości”, czyli wg Orange wszystko jest ok, to dlaczego mieliby mi zwracać pieniądze za coś, co wg nich wykorzystałam?). Przykre i niesprawiedliwe jest to, że faktycznie te opłaty nie zostały zwrócone. Co więcej, to ja muszę zamieniać się w śledczego, dokładnie obserwować swoje billingi i pamiętać o tym, że ktoś mi był coś winien. A dobre relacje powinno budować się na zaufaniu, czyż nie?


Naliczanie środków w „promocji świątecznej”, w której można było dostać podwojone doładowanie i przekazać je przyjacielowi lub pojedyncze wziąć na siebie. Promocję świąteczną „włączyłam” 29 listopada, doładowanie nastąpiło dwukrotnie kwotą 50zł odpowiednio 1go i 11go grudnia. Tylko za jedno z nich dostałam regulaminowy PREZENT. Nieotrzymanie pakietu 50min/500MB zareklamowałam – otrzymałam odpowiedź na piśmie (z datą 3 stycznia 2015), że zostanie on przyznany. Do dnia dzisiejszego (3 lutego) nie został przyznany. 

Za każde doładowanie 50 zł, według Regulaminu, powinnam otrzymać 488,3 MB + 2,27 GB bonusu na przesył danych. Pierwsze doładowanie wykonane 1 grudnia wyczerpało mi się bardzo szybko, bo już 11 grudnia. Zważywszy, że działającą usługę Internetu w telefonie miałam dopiero od 5 grudnia po południu, więc de facto wychodzi, że zużyłam prawie 3GB w ciągu 6 dni. Wydawało mi się to nieco mało prawdopodobne, ale dopiero po zalogowaniu się do profilu okazało się, że faktycznie za okres 5-11 grudnia ściągnęłam jedynie 358MB danych. O tym, że pakiety „się wyczerpały” świadczy fakt, że za ostatnie połączenia na przesył danych widać, iż pobierane są z konta środki pieniężne. Nie został więc w ogóle przyznany bonus 2,27 GB.




I kto za to płaci? Pani płaci, pan płaci… Społeczeństwo. 

Wspomniana w poprzednim punkcie niemożność korzystania z Internetu trwała tydzień od aktywacji numeru w Orange. Nie przyniosły rozwiązania problemu cztery połączenia z działami obsługi klienta pod *100, *800, *900. 12 zeta w plecy. Musiałam się fatygować do dwóch oddziałów Orange – w jednym czekałam dwadzieścia minut, nie było osoby kompetentnej, by odpowiedzieć na to pytanie, więc połączono z BOKiem telefonicznie gdzie bezskutecznie czekałam godzinę na linii. Pojechałam do drugiego, "głównego" oddziału - tu również okazało się, znowu po długim oczekiwaniu w kolejce, że oni to w zasadzie nie wiedzą i to na pewno problem z moim urządzeniem i że będę musiała skorzystać z porady eksperta, która jest dodatkowo płatna. To w końcu zostało załatwione, ale tego typu sprawy powinno się załatwiać jednym telefonem. Poza tym czy na miejscu jest tekst ze strony konsultanta w salonie do skarżących się na długie oczekiwanie i niewystarczającą ilość obsługujących "mają państwo szczęście, u nas w salonie średni czas oczekiwania to 60 minut, a państwo czekali tylko 20"?



Nie piszę tego jako blogerka, która chce dokopać marce i wybić się na chwilowym fejmie. Jako ta, co to jej sie w dupie poprzewracało i chce cos od kogoś wyżebrać. Nigdy wcześniej nie użyłam bloga ani do prania brudów ani nawet dzielenia się swoimi głębszymi personalnymi problemami, o czym świadczy długa cisza w ostatnim czasie.

Piszę to wszystko, jako klient, który jest niezadowolony z usług i który wyczerpał wszystkie inne możliwości porozumienia z molochem, no bo niby ile razy mam zgłaszać tę samą reklamację? Na domiar wszystkiego mam ograniczony czas, za trzy tygodnie wracam za ocean, a sprawy reklamacyjne się ciągną zwykle minimum 14 dni, a często do 30. Nie mam czasu na takie bujanie się. Poza tym nie mam ochoty ryzykować, że wrócę do Stanów i okaże się, że nie mogę stamtąd wysyłać smsów lub dzwonić, czyli korzystać z usług, za które zapłaciłam.

Chętnie doładowałabym kolejny raz konto z nową promocją, w której dostaje się 30GB, bo nie mam w domu internetu stacjonarnego, tylko jaką mam gwarancję, że je tym razem dostanę? Chcę wysyłać smsy, gdzie mi się zamarzy, chcę korzystać z internetu i zapłaconych usług, wreszcie, chcę prawdziwych danych bez konieczności tłumaczenia się z nie swoich błędów.