O mnie

Nazywam się Ania César Winiarek.

Urodziłam się w Łodzi w czasach, kiedy u rzeźnika były puste haki, budziły mnie tłumy ustawiające się pod naszym oknem w kolejce po papier toaletowy do sąsiadującego z nami sklepu papierniczego oraz kiedy największym marzeniem w klasie 1-3 było mieć chiński piórnik. Miałam ich całą kolekcję (z racji sąsiedztwa ze wspomnianym papierniczym, oczywiście).

Jeśli mowa o kolekcjach, to miałam również kolekcję podkolanówek w mało używanej szufladzie w przedpokoju i przez całą zimę kiedy musiałam ubierać kombinezon i kozaki, po kryjomu ją otwierałam i z rozrzewnieniem wyobrażałam sobie moment, kiedy będę mogła założyć podkolanówki do szkoły, co równało się z prawdopodobieństwem 0.01%, bo często w czerwcu było jeszcze za chłodno, a we wrześniu już za chłodno, a ja nie mogłam się przeziębić, bo byłam strasznym chorowitkiem. Z tym z kolei wiązały się moje coroczne, dwumiesięczne wyjazdy do sanatorium pomiędzy 7 a 18 rokiem życia, których serdecznie nienawidziłam. Chociaż raczej chyba nienawidziłam samego momentu rozstania z najbliższymi, bo w sanatorium nauczyłam się szybko adaptować do nowych warunków, zmieniających się wychowawczyń, nauczycielek, koleżanek... Myślę, że te wyjazdy plus wyjazdy wakacyjne z rodzicami, często za granicę, zaszczepiły we mnie bakcyl podróżowania. Teraz czuję się obieżyświatem, myślę, że mogłabym mieszkać (prawie) wszędzie, ale najlepiej czuję się tam, gdzie jest ciepło.

Z wykształcenia jestem magistrem zarządzania (tak, jak chyba połowa mojego pokolenia ;-) ) ze specjalizacją w księgowości, tłumaczem i grafikiem, ale w tej chwili zawodowo najbardziej czuję się fotografem i to właśnie robię najczęściej. Księgowości nigdy "nie czułam", raczej szłam za ówczesnym trendem i będąc jeszcze na studiach zaczęłam szukać czegoś, co potencjalnie lubiłabym bardziej niż firmowe bilanse i prezentacje w power poincie. Chodziłam przez jakiś czas do radia i na kółko teatralne. Ale to nie było "to". Całkiem przypadkiem spotkana na ulicy koleżanka z podstawówki powiedziała mi o kursie pilotów wycieczek, na który właśnie jechała. I tak oto niewiele myśląc znalazłam się razem z nią na kilkumiesięcznym szkoleniu, po którym zaraz od następnego sezonu zaczęłam pilotować wycieczki. Kiedy z turystyką byłam już po 4 latach namiętnego romansu i miałam nawet ochotę chajtnąć się z nią zawodowo, życie napisało dla mnie inny scenariusz. Nagła i nie rokująca dobrze choroba usadziła mnie w domu. Musiałam rzucić pilotowanie i nie bardzo wiedziałam, co ze sobą począć. Wtedy przyszedł pomysł na wykorzystanie znajomości języków i przekwalifikowanie się na tłumacza. Nudne tłumaczenia uskuteczniane z domu przez kilka następnych lat i brak kontaktu z ludźmi zaowocowały kolejnym pomysłem - grafiką komputerową. Te studia z kolei doprowadziły mnie do fotografii.

Podróżowanie mam chyba jednak we krwi i bardzo cały czas mi brakowało wyjazdów. Bo niestety sanatorium w Kołobrzegu, to nie to samo, co Barcelona. W momencie kiedy skończyły się na mnie pomysły lekarzom w kraju, postanowiłam pójść za głosem intuicji, a jednocześnie wykorzystać znajomość języków obcych i poszukać remediów za granicą. To osobna, dłuższa historia, ale skończyło się na objechaniu Europy i wypadzie do Ameryki Południowej, bo tam był lekarz, który sam wyleczył się z miastenii. Po paru kolejnych latach, kiedy tylko trochę bardziej stanęłam na nogi (a przynajmniej na tyle, że mogłam się samodzielnie najeść, ubrać i nie potrzebowałam asysty osób trzecich), poczułam, że nie usiedzę dłużej w domu. Jeszcze ze szpitalnego łóżka zaczęłam planować samodzielny wyjazd i postanowiłam go zrealizować jeszcze w tym samym roku. Miała to być też moja motywacja do zdrowienia, cel, dzięki któremu codziennie chciało mi się wstać z łóżka. Wkrótce po wyjściu ze szpitala, nie będąc tak naprawdę jeszcze w pełni sił, kupiłam bilet do jednego z topowych miejsc na mojej bucket list - na Kubę... I - jak to mawiają Amerykanie - reszta to historia. Kubański chłopak, a potem mąż, ślub i emigracja.

Kiedyś marzyłam żeby zamieszkać na Kubie na stałe. Uwielbiam tropikalny klimat, pokochałam radosną naturę Kubańczyków. Ale kubańska codzienność i walka o przetrwanie odziera z całej tej radości, a przy okazji i z godności. Tego nie widać tak bardzo, kiedy jedzie się tam 2-tygodniowy wyjazd. Ludzie chodzą normalnie ubrani, mają nawet smartfony! - mówią niektórzy. Ale Kuba to nie jest normalny kraj. Tu na blogu chcę przybliżyć Kubę i pomóc zrozumieć kubańską rzeczywistość (i jej absurdy), zwłaszcza tym, którzy urodzili się po roku 80. i pamiętają z komunizmu niewiele lub nic. Chcę pokazać ją z nieco innej, mniej turystycznej perspektywy.



Dziękuję za wszystkie maile, komentarze i lajki - wszystkie one są dla mnie motywacją do dalszego pisania i z każdego zawsze ogromnie się cieszę. Zapraszam do komentowania i polecania znajomym wybierającym się na Kubę, gdyż znajdą tu przedwyjazdowe kompendium wiedzy. Nie przejmujcie się, że niektóre informacje na blogu są z 2010 czy 2012 roku - Kuba niewiele się zmienia, więc wahania cen są minimalne.

Jeśli chcesz się dowiedzieć jeszcze więcej o mnie, koniecznie przeczytaj wpis o 10 rzeczach, których o mnie nie wiecie.


Pozdrawiam gorąco!
Ania






P.S.1

Bardzo proszę mi w mailach nie pisać per Pani. Niczyją panią nie jestem. No, może z wyjątkiem mojego psa ;)

P.S.2
To, co internetowe testy mówią i pokazują o mnie ;-)


Click to view my Personality Profile page





KUBAŃSKI INSTAGRAM

@cubaenfoto