Suplement

Chcę Wam serdecznie podziękować za wszystkie komentarze i lajki, i powiedzieć - bez fałszywej skromności - że się tego nie spodziewałam. Nie spodziewałam się, bo po prostu napisałam, co mi leżało na sercu już od dłuższego czasu. I pisałam o Kubie, o tym co znam od podszewki, bo o innych krajach (choć odwiedziłam parę), nie śmiałabym się wyrażać w tak asertywny sposób, tym mniej odwagi miałabym napisać 'tekst uniwersalny'. A tu okazuje się, że wielu z Was ma podobne spostrzeżenia, podobne doświadczenia, które można odnieść do innych krajów.

Znakomita większość czytających albo ten tekst zalajkowała, albo pozytywnie skomentowała, ale były też komentarze przeciw. Te przeczytałam ze szczególną uwagą i naprawdę zastanowiły mnie one, gdyż były położone na dwóch przeciwnych biegunach niezgody. Jedna osoba powiedziała, że zbyt krytycznie oceniłam Kubańczyków, że to najmilsi i najbardziej uczynni ludzie pod słońcem; druga zaś, że tekst jest "usprawiedliwieniem, a nawet gloryfikacją kubańskiego cwaniactwa". Zarówno jedno, jak i drugie wydaje mi się daleko idącą nadinterpretacją moich słów, i nie jestem pewna czy jakakolwiek odpowiedź na nie ma sens, bo to jak udowadnianie, że nie jestem wielbłądem. Z przyjemnością natomiast podejmę się, w kolejnych postach, obalania argumentów uznających mój poprzedni tekst za niesłuszny, które wyraźnie wynikają z nieznajomości lub niezrozumienia realiów kubańskich i panującego tam systemu oraz mechanizmów rządzących społeczeństwem, a co za tym idzie ludzkimi zachowaniami.

Pozwolę sobie przytoczyć również dwa komentarze, które są niejako kropką nad "i" mojego tekstu, dopełniającym go suplementem:

Maciej napisałTrafiasz w sedno jeśli chodzi o wszystkich naiwnych, nakręconych a następnie rozczarowanych tym, że nie było tak jak myśleli że będzie. Wielu turystom nie jest obca postawa roszczeniowa, jakieś dziwne poczucie wyższości, "mi się należy". Do tego dochodzi często brak wiedzy (a co gorsza prawdziwej ciekawości) i zamknięcie się w kokonie stereotypów.

Jednocześnie jednak w podróży można napotkać wielu bezinteresownych, serdecznych ludzi, którzy nie boją się zaprosić pod swój dach, podzielą się tym co mają, pomogą nie oczekując niczego w zamian. I mam często wrażenie, że łatwiej takie osoby spotkać wśród biednych niż wśród bogatych, na wsi a nie w mieście. Ludzi, którzy łakną kontaktu "z obcym" nie ze względu na jego kieszeń a ze względy na pewną ciekawość świata i otwartość. Nie uważam, że powinniśmy takiej postawy oczekiwać (a to z zawiedzionych oczekiwań biorą się rozczarowania) ale możemy się z nią spotkać a to jedna z największych przyjemności podróży.

To jakich ludzi spotkamy na swojej drodze zależy moim zdaniem zdaniem w dużej mierze...od nas samych. I tak, najlepszym sposobem na łamanie lodów jest język. A jak do podstaw lokalnego języka dodać uśmiech, pokorę, szacunek, ciekawość i trochę szczęścia, droga do niezwykłych spotkań stanie otworem.

Nie byłem na Kubie więc nie wiem, może tam jest inaczej. Myślę, mam nadzieję, że nie jest. Ale jeśli jest to nie mam przekonania, że u podstaw tej inności leżą tylko finanse. Sam przynajmniej miałem przyjemność zaznać niezwykłej gościnności od ludzi, którzy nie mieli niemal niczego.


I Jacek: Bo turyści... oni przecież też nie są winni :)  Przenoszą gdzieś z innego krańca świata swoje święte prawdy święcie przekonani, że na drugim krańcu świat wygląda tak samo i rządzą nim te same prawa.

Jasne, że się mylą. I często, swe naturalne przecież w innej rzeczywistości zagubienie, próbują zamaskować. Zakryć swą ignorancję arogancją...


Zaś strach przed tym co nieznane, jakże wkurzającym czasem poczuciem wyższości...



To, o czym piszą panowie, ta ignorancja, arogancja, poczucie wyższości osób, które raz pojechały na Kubę i  z niezachwianą pewnością siebie wypowiadają się na tematy, które czasem są przedmiotem studiów na uniwersytetach, były kroplą, które przelała moją czarę goryczy. Zwykle nikogo nie krytykuję, a już tym bardziej nie publicznie, bo uważam, że jest tyle miejsca na świecie, że każdy może znaleźć swój kawałek podłogi, robić na nim co mu się żywnie podoba i nie musimy sobie wchodzić w drogę. Ponadto uważam, że jeśli umiesz lepiej, to zrób to lepiej. Dlatego robię swoje, a wielu relacji dwutygodniowych kubańskich turystów nawet nie komentuję, bo życia by mi nie wystarczyło, żeby je wszystkie śledzić. Oczywiście nie mówię tu o relacjach byliśmy tu i tu, pojechaliśmy tam i tam, zobaczyliśmy to i to, o dzieleniu się emocjami, wrażeniami, to nam się podobało, a to nie; tylko o towarzyszącym im kategorycznym, zwykle pejoratywnym, osądom dotyczącym Kuby i Kubańczyków jako całości. Poza tym taka relacja ma zwykle niewielki zasięg. Problem zaczyna się, gdy piszą tak osoby z renomą i/lub dziennikarskim backgroundem, a artykuły docierają do szerokiego grona odbiorców. Wówczas czytelnik łyka wszystko, jak bocian żaby, bo przecież autor jest 'znany'. Artykuł puszczony w świat zaczyna żyć własnym życiem, a na jego podstawie ludzie wyrabiają sobie opinię o danym miejscu. I znów - nie mam nic przeciw różnorodności opinii. Mam natomiast zastrzeżenia, jeśli ktoś konstruuje tekst na podstawie półprawd, powierzchownych obserwacji, bez rzetelnego researchu, ba! bez nawet zaglądania do zwykłego przewodnika i sprawdzenia podstawowych faktów. Najbardziej przykre jest to, że zapakowane jest to w ładny kolorowy papier z kokardą i napisem "projekt" albo "wyprawa" i logo sponsora albo wydawcy. I żeby znowu nie wyszło, że mam coś przeciw sponsorom, czerpaniu korzyści z blogów, pisaniu za pieniądze itp., nie. Nie zgadzam się natomiast na intelektualną płyciznę, brak obiektywizmu i powielanie krzywdzących stereotypów. Wystarczająco dużo krzywdy czyni narodowi kubańskiemu jego obecna władza, by jeszcze to utrwalać poza granicami wyspy.


P.S.
I żeby była jasność: uważam, że Kubańczcy to najmilszy, najbardziej spontaniczny i otwarty naród pod słońcem, i absolutnie nie pochwalam ich niektórych zachowań, ale kim ja jestem, żeby ich potępiać? "Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono".

0 komentujących. Skomentujesz?: